Połów łososia u wybrzeży Samland [Sambia]
Bardzo interesujące będzie zapewne także dla przyszłych czytelników tej kroniki, skoro pozostaję przy sprawach kuchennych, gdy opowiem, w jaki sposób nasze wschodnie Prusy od paru lat wzbogaciły się — jeśli nie o zupełnie nowy, to przecież o osobliwy artykuł kuchenny. Przez ten artykuł lub produkt kuchenny rozumiem łososia.
Dawniej sprowadzaliśmy łososie z ujścia Elbe [Łaba], Weser [Wezera] i Rhein [Ren], teraz jednak łowi się je także u nas, na wybrzeżu Samland [Sambia]. Przed kilku laty osiedlili się tam bowiem pomorscy rybacy z okolic Kolberg [Kołobrzeg] i zarzucili swoje wędziska. Początkowo połów był dość skąpy, lecz od paru lat stał się obfitszy, tak iż i my, mieszkańcy głębi lądu, mogliśmy płacić za funt młodego łososia tylko 7 do 8 srebrnych groszy.
U kupca Dauderta w uzdrowisku Cranz [Zielenogradsk] można przez cały czas połowu łososia dostać nie tylko świeżą, całą rybę, lecz także wędzone pasy mięsa. Łososie łowi się tak jak dorsze — na mocne sznury z hakami, na które nadziewa się kawałki małych ryb morskich.
Wysoka cena bydła i świń
Do artykułu „Wysoka cena żywności” chcę dodać jeszcze jedną uwagę, która każdego przyszłego czytelnika tej kroniki, który przeżył w naszej ojczyźnie martwe czasy lat dwudziestych i trzydziestych tego stulecia, wprawi w zdumienie. Jest to mianowicie wysoka cena bydła i świń.
Już od czasu separacji gruntów [reforma rolna] wzrosła u nas szczególnie cena świń, ponieważ można ich było utrzymywać mniej w chlewach; tak samo wzrosła cena bydła mlecznego i rzeźnego, ponieważ nawet przy postępującej kulturze naszych pól i łąk samo bydło się uszlachetniało, gdyż wiadomo: „dobra pasza tworzy rasę”.
Tak więc już wkrótce po separacji płacono za półtoraroczne tuczniki 10–12 talarów, a za krowę mleczną 30–40 talarów. Ceny te jednak stale rosły aż do roku 1866; po wojnie 1870–71 niejedna sztuka bydła lub niejedna świnia stała się wręcz nieosiągalna dla prywatnego człowieka.
Przyjeżdżali handlarze z der Mark [Marchia Brandenburska], z der Rheinprovinz [Nadrenia] i wykupywali wszystko za każdą cenę, ponieważ w Westphalen [Westfalia] i w der Rheinprovinz [Nadrenia] bydło zostało wyniszczone. Najbliższym miejscem przeładunku był Berlin; tam szły całe wagony, a nawet całe pociągi, skąd handlarze wysyłali je dalej do zachodnich prowincji, a nawet aż do Elsaß und Lothringen [Alzacja i Lotaryngia].
A jaka jest cena już u nas? Jest niewiarygodna. Za prosię ssące płacono i płaci się jeszcze, jeśli ma 4 tygodnie, od 2 do 4 talarów; za sześciotygodniowe, zwłaszcza jeśli jest rasy angielskiej — od 4 do 6; za półrocznego tucznika — od 10 do 13; za średniej jakości krowę — od 50 do 55 talarów, a za młodą cielną krowę nawet 70, 75, 80 talarów!
Tak, są to ceny, o których nasi ojcowie nawet nie wiedzieli! Ileż więc pieniędzy pozostaje w naszej prowincji, która przecież opiera się głównie na uprawie zbóż i hodowli bydła! Obecnie wydaje się, że ceny bydła mlecznego i rzeźnego spadają, ponieważ brak w zachodnich prowincjach naszej ojczyzny został mniej więcej uzupełniony, ale cena świń wciąż jeszcze rośnie, chociaż każdy rolnik zajął się już hodowlą trzody.
1875
Rok 1875 był w całości rokiem bardzo osobliwym. Wiosna była przez cały czas zimna, niemal aż do miesiąca czerwca, i wydawało się, jakby miał to być trzeci taki rok, jakie podczas mojego bytowania w Landsberg od roku 1841 już dwa przeżyłem, a w których prawie przez 11 miesięcy, nawet w miesiącach letnich, przynajmniej jednego dnia każdego miesiąca bywał mróz i przymrozek, z wyjątkiem miesiąca sierpnia.
Że taki rok nie będzie najurodzajniejszy, to każdy zdoła sobie pomyśleć. Zwierzyna zajęcza, pola żyta, a zwłaszcza ogrody warzywne ucierpiały w sposób widoczny. Młode zające karłowaciały, kłosy pól żytnich były białe i przejrzyste, a w ogrodach warzywnych na grządkach ogórków, dyni i fasoli widać było tylko uschłe łodygi.
Tak, rok 1875 był całkiem szczególny! Jak wiosna była zimna i mokra, tak lato było gorące i suche. Przed św. Janem, na początku miesiąca czerwca, padało jeszcze kilka razy, ale gdy rozpoczęły się sianokosy i koszenie koniczyny, zrobiło się ciepło i sucho, i tak sucho pozostało aż do jesieni.
Stąd się wzięło to, że siano i koniczynę zwieziono do stodół zielone jak sałata, bez jednej kropli deszczu; również zboże jesienią zebrano bardzo suche.
Zbiory buraków i ziemniaków były bardzo późne; u wielu opieszałych gospodarzy pola z burakami i ziemniakami przemarzły. Z powodu długotrwałej suszy drugi pokos siana i koniczyny na wyżynach prawie nie dopisał, w niżej położonych miejscach był nieco obfitszy.
Bardzo smutno wyglądało w ogrodach warzywnych: wszystkie rośliny kapustne, jak kapusta i sałata, padły w tej suszy. Fasola i rośliny korzeniowe nie miały siły, by wyrosnąć, a gdy dopiero zasiano rzepik i żyto, robak rozpoczął swoje spustoszenia, tak że niejeden kawałek pola trzeba było zaorać na nowo.
Ku jesieni tego roku nastał w wielu miejscach niedostatek wody. Studnie z dobrą wodą pitną zostały zamknięte i wydawano z nich tylko to, co najniezbędniejsze; w niektórych miejscowościach, gdzie w pobliżu nie było wody bieżącej, trzeba ją było sprowadzać z odległości ćwierci mili.
Jednakże takie klęski mają zawsze także dobroczynne skutki. Nędza uczy modlitwy. Brak wody uczy kopać lepsze i zasobniejsze w wodę studnie. Czy na przyszłą wiosnę nastąpi również brak paszy? U rozsądnych rolników nie, bo ci będą umieli oszczędnie gospodarować tak pięknie zebranym suchym paszem.