Historia

KRONIKA MIASTA LANDSBERG [odc. 36] — Strony 75 – 76

Połów łososia u wybrzeży Samland [Sambia]

Bardzo interesujące będzie zapewne także dla przyszłych czytelników tej kroniki, skoro pozostaję przy sprawach kuchennych, gdy opowiem, w jaki sposób nasze wschodnie Prusy od paru lat wzbogaciły się — jeśli nie o zupełnie nowy, to przecież o osobliwy artykuł kuchenny. Przez ten artykuł lub produkt kuchenny rozumiem łososia.

Dawniej sprowadzaliśmy łososie z ujścia Elbe [Łaba], Weser [Wezera] i Rhein [Ren], teraz jednak łowi się je także u nas, na wybrzeżu Samland [Sambia]. Przed kilku laty osiedlili się tam bowiem pomorscy rybacy z okolic Kolberg [Kołobrzeg] i zarzucili swoje wędziska. Początkowo połów był dość skąpy, lecz od paru lat stał się obfitszy, tak iż i my, mieszkańcy głębi lądu, mogliśmy płacić za funt młodego łososia tylko 7 do 8 srebrnych groszy.

U kupca Dauderta w uzdrowisku Cranz [Zielenogradsk] można przez cały czas połowu łososia dostać nie tylko świeżą, całą rybę, lecz także wędzone pasy mięsa. Łososie łowi się tak jak dorsze — na mocne sznury z hakami, na które nadziewa się kawałki małych ryb morskich.

Wysoka cena bydła i świń

Do artykułu „Wysoka cena żywności” chcę dodać jeszcze jedną uwagę, która każdego przyszłego czytelnika tej kroniki, który przeżył w naszej ojczyźnie martwe czasy lat dwudziestych i trzydziestych tego stulecia, wprawi w zdumienie. Jest to mianowicie wysoka cena bydła i świń.

Już od czasu separacji gruntów [reforma rolna] wzrosła u nas szczególnie cena świń, ponieważ można ich było utrzymywać mniej w chlewach; tak samo wzrosła cena bydła mlecznego i rzeźnego, ponieważ nawet przy postępującej kulturze naszych pól i łąk samo bydło się uszlachetniało, gdyż wiadomo: „dobra pasza tworzy rasę”.

Tak więc już wkrótce po separacji płacono za półtoraroczne tuczniki 10–12 talarów, a za krowę mleczną 30–40 talarów. Ceny te jednak stale rosły aż do roku 1866; po wojnie 1870–71 niejedna sztuka bydła lub niejedna świnia stała się wręcz nieosiągalna dla prywatnego człowieka.

Przyjeżdżali handlarze z der Mark [Marchia Brandenburska], z der Rheinprovinz [Nadrenia] i wykupywali wszystko za każdą cenę, ponieważ w Westphalen [Westfalia] i w der Rheinprovinz [Nadrenia] bydło zostało wyniszczone. Najbliższym miejscem przeładunku był Berlin; tam szły całe wagony, a nawet całe pociągi, skąd handlarze wysyłali je dalej do zachodnich prowincji, a nawet aż do Elsaß und Lothringen [Alzacja i Lotaryngia].

A jaka jest cena już u nas? Jest niewiarygodna. Za prosię ssące płacono i płaci się jeszcze, jeśli ma 4 tygodnie, od 2 do 4 talarów; za sześciotygodniowe, zwłaszcza jeśli jest rasy angielskiej — od 4 do 6; za półrocznego tucznika — od 10 do 13; za średniej jakości krowę — od 50 do 55 talarów, a za młodą cielną krowę nawet 70, 75, 80 talarów!

Tak, są to ceny, o których nasi ojcowie nawet nie wiedzieli! Ileż więc pieniędzy pozostaje w naszej prowincji, która przecież opiera się głównie na uprawie zbóż i hodowli bydła! Obecnie wydaje się, że ceny bydła mlecznego i rzeźnego spadają, ponieważ brak w zachodnich prowincjach naszej ojczyzny został mniej więcej uzupełniony, ale cena świń wciąż jeszcze rośnie, chociaż każdy rolnik zajął się już hodowlą trzody.

1875

Rok 1875 był w całości rokiem bardzo osobliwym. Wiosna była przez cały czas zimna, niemal aż do miesiąca czerwca, i wydawało się, jakby miał to być trzeci taki rok, jakie podczas mojego bytowania w Landsberg od roku 1841 już dwa przeżyłem, a w których prawie przez 11 miesięcy, nawet w miesiącach letnich, przynajmniej jednego dnia każdego miesiąca bywał mróz i przymrozek, z wyjątkiem miesiąca sierpnia.

Że taki rok nie będzie najurodzajniejszy, to każdy zdoła sobie pomyśleć. Zwierzyna zajęcza, pola żyta, a zwłaszcza ogrody warzywne ucierpiały w sposób widoczny. Młode zające karłowaciały, kłosy pól żytnich były białe i przejrzyste, a w ogrodach warzywnych na grządkach ogórków, dyni i fasoli widać było tylko uschłe łodygi.

Tak, rok 1875 był całkiem szczególny! Jak wiosna była zimna i mokra, tak lato było gorące i suche. Przed św. Janem, na początku miesiąca czerwca, padało jeszcze kilka razy, ale gdy rozpoczęły się sianokosy i koszenie koniczyny, zrobiło się ciepło i sucho, i tak sucho pozostało aż do jesieni.

Stąd się wzięło to, że siano i koniczynę zwieziono do stodół zielone jak sałata, bez jednej kropli deszczu; również zboże jesienią zebrano bardzo suche.

Zbiory buraków i ziemniaków były bardzo późne; u wielu opieszałych gospodarzy pola z burakami i ziemniakami przemarzły. Z powodu długotrwałej suszy drugi pokos siana i koniczyny na wyżynach prawie nie dopisał, w niżej położonych miejscach był nieco obfitszy.

Bardzo smutno wyglądało w ogrodach warzywnych: wszystkie rośliny kapustne, jak kapusta i sałata, padły w tej suszy. Fasola i rośliny korzeniowe nie miały siły, by wyrosnąć, a gdy dopiero zasiano rzepik i żyto, robak rozpoczął swoje spustoszenia, tak że niejeden kawałek pola trzeba było zaorać na nowo.

Ku jesieni tego roku nastał w wielu miejscach niedostatek wody. Studnie z dobrą wodą pitną zostały zamknięte i wydawano z nich tylko to, co najniezbędniejsze; w niektórych miejscowościach, gdzie w pobliżu nie było wody bieżącej, trzeba ją było sprowadzać z odległości ćwierci mili.

Jednakże takie klęski mają zawsze także dobroczynne skutki. Nędza uczy modlitwy. Brak wody uczy kopać lepsze i zasobniejsze w wodę studnie. Czy na przyszłą wiosnę nastąpi również brak paszy? U rozsądnych rolników nie, bo ci będą umieli oszczędnie gospodarować tak pięknie zebranym suchym paszem.

Oryginalny post na Facebooku

AUTOR

Wojciech Wolański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *