Historia

KRONIKA MIASTA LANDSBERG [odc. 52]

Spojrzenie wstecz na „martwy czas” także w życiu naukowym oraz dzieje gimnastyki w naszym mieście.

Kronika naszego rodzinnego miasta nie może pominąć tak pięknej i pełnej znaczenia rocznicy urodzin Jahna. Chciałbym przy tej okazji zapoznać także moich współobywateli z owymi czasami Jahna i opowiedzieć o rozwoju gimnastyki w naszym mieście.

Nie zawsze było tak jak dziś: swobodny rozwój myśli, wolna nauka, wolna prasa, wolna pieśń, wolny duch oraz wzmacniająca ciało gimnastyka i tak dalej, i tak dalej. Nie — również w tym wszystkim istniał w naszym stuleciu pewien „martwy czas”, podobnie jak martwy czas pod względem materialnym, który opisaliśmy na stronach od 142 do 154.

Ja, kronikarz, również przeżyłem i przecierpiałem ten złowrogi okres i chciałbym teraz w kilku rysach ukazać go ludziom żyjącym dziś w naszym mieście.

Tak, był kiedyś w naszej ojczyźnie i w naszym rodzinnym mieście martwy czas dla nauki i wychowania duchowego. Kto ze starszych spośród moich współczesnych wspomina lata dwudzieste i trzydzieste, tego musi przejść dreszcz.

Co to były za czasy?!

Wolne słowo było potępiane. Tak na przykład zakazana była „Historia Niemiec” Rottecka, ponieważ autor wyrażał w niej własne, niezależne sądy. Zakazano nawet przedruku tak pięknych i budujących „Godzin pobożności” Tschernesa [nazwisko w zapisie kroniki niepewne].

Gimnastyka, ćwiczenie ciała, które już podczas wojen wyzwoleńczych pomogło naszemu narodowi wygrać niejedną bitwę, uznawana była niemal za kamień węgielny zdrady stanu. Dlatego zakazano czytania dzieł Jahna, a jego samego unieszkodliwiono przez uwięzienie.

Swobodę nauczania na wyższych uczelniach ograniczono. Panowały donosicielstwo i psia pokora.

Kto śpiewał albo układał niemiecką pieśń — jak Arndt czy Uhland — niezależnie od tego, czy był studentem, czy wędrownym czeladnikiem, ten natychmiast mógł zostać pochwycony przez siepaczy, będących przecież urzędnikami z naszej własnej krwi, postawiony przed surowym trybunałem i skazany na więzienie.

Wszędzie rozglądano się za podobnymi ofiarami. Zabierano ludzi nawet z ambon. Tak stało się z kaznodzieją Weidigiem w Hesji, którego tak długo trzymano w areszcie śledczym, aż w więzieniu przeciął sobie żyłę kawałkiem szkła i zakończył swoje pełne nadziei życie.

Nawet tak przez nas wszystkich lubianego i z pewnością zupełnie nieszkodliwego Fritza Reutera pojmano i osadzono w twierdzy, jak sam później opisał to w swoim „Ut mine Festungstid”.

Cóż można powiedzieć, kiedy młodych ludzi z gimnazjów i uniwersytetów zatrzymywano z powodu prawdziwych drobiazgów — na przykład kawałeczka trójkolorowej wstążki — i zamykano w karcerze, aby uczynić ich „nieszkodliwymi”!

Sam mogę potwierdzić, że takie rzeczy miały miejsce. Podczas mojej podróży na Rugię ze studentem Valois, obecnie sędziwym adwokatem w Tczewie, uniknęliśmy w Berlinie karceru jedynie dlatego, że obiecaliśmy starszemu pedlowi uniwersyteckiemu zdjąć nasze niemieckie szarfy noszone na piersi i trójkolorowe obszycia czapek.

Tak, tak — były to złe czasy.

Niejeden młody talent, niejedna szlachetna młoda krew musiała wówczas zmarnować swe młode życie w cieniu, za zamkiem i kratami. Tak było ze studentem Dreipelkerem, który zmarł w twierdzy, z Thomą, synem prezydenta rejencji z Gąbina, ze studentem Freytagiem i wieloma innymi.

Kiedy w naszych obecnych, oświeconych czasach myśli się o tym wszystkim, człowiekowi — tak jak mnie w tej chwili — żółć napływa do gardła w tym już podstarzałym ciele, a pięść sama zaciska się ze świadomością:

Dzisiaj czegoś takiego nie można już oczekiwać!
Kiedy ktoś udawał się na uniwersytet i immatrykulował, musiał pod przysięgą, w obecności dziekana i rektora uniwersytetu — zwłaszcza w Berlinie — przyrzec, że nie wstąpi do żadnego związku studenckiego.

A przecież życiorys prawdziwego studenta zaczynał się właśnie od tego, że już tego samego wieczoru wstępował do jakiegoś niewinnego stowarzyszenia.

Kogo więc obciążała większa wina za to dziecinne krzywoprzysięstwo? Osiemnastoletniego, gorącokrwistego młodzieńca, który nie bał się żadnej twierdzy, czy też tych mężczyzn, którzy, mącąc młodym ludziom sumienia, odbierali od nich takie przysięgi?

von Kamptz i tropienie „demagogów”

Tak, żył wówczas w naszej ojczyźnie, w Berlinie, minister von Kamptz, którego „Kodeks żandarmerii” studenci spalili na Wartburgu. Kamptz budził strach w całej naszej ojczyźnie.
Właściwie nazywał się baron Carl Albert Christoph Heinrich von Kamptz. Ten napiętnowany w swoim czasie mąż stanu był kierującym radcą sprawiedliwości i kultu.

Ów wszechpotężny człowiek, od czasu zamordowania Kotzebuego w Mannheim przez studenta Landa [właściwie: Sanda], miał manię strachu przed rzekomo nieustannie istniejącym spiskiem studentów, wymierzonym w życie wszystkich książąt i ich ministrów.

Za wylęgarnie tego spisku uważał małe uniwersytety niemieckie, takie jak Jena, Marburg czy Gießen. Dlatego Kamptz był wielkim wrogiem Arndta, Jahna, Weidiga, Görresa, Haupta i innych.

Ale dość już o tym duchowo zabójczym czasie grozy!
Większość ludzi w moim otoczeniu już go nie zna. Niech jednak z tych kilku podanych przeze mnie rysów wyrobi sobie o nim pewne pojęcie i porówna tamte czasy z dzisiejszymi.

Policyjna chłosta

Aby jednak całkiem wyraźnie pokazać, pod jakim jarzmem policyjnej chłosty znajdowała się nasza ojczyzna i jak jeszcze w latach czterdziestych nasza ludność była przepełniona podsłuchiwaczami, donosicielami i siepaczami, muszę podać tu jeszcze kilka przykładów.

W tamtych czasach przez naszą ojczyznę, a zwłaszcza przez Prusy Wschodnie, nadal wędrowały czeskie orkiestry, tak zwani czescy górnicy, ubrani w swoje charakterystyczne stroje górnicze.
Jak wszyscy Czesi byli dobrymi muzykami i właśnie jako muzycy cieszyli się u nas dużą sympatią.

Często zdarzało się, że jacyś żartownisie prosili ich, aby zagrali francuską pieśń rewolucyjną — „Marsyliankę”. Ale gdzie tam!
Górnicy nie odważali się zagrać tej pięknej melodii — bo francuskiego tekstu i tak nikt z nas nie rozumiał — dopóki sami dokładnie nie obejrzeli otoczenia i dopóki władze miejskie nie zapewniły ich, że są zabezpieczeni przed jakąkolwiek interwencją policji.

Pod koniec lat czterdziestych od Zachodu, przede wszystkim od francuskiego Babilonu — Paryża — przez wszystkie kraje przetoczył się duch rewolucji.

Oryginalny post na Facebooku

AUTOR

Wojciech Wolański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *