Historia

KRONIKA MIASTA LANDSBERG [odc. 50]

Jubileusze pracy kasjera miejskiej kasy skarbowej A. Podehla oraz komendanta straży miejskiej Schefflera

Od czasu rozpoczęcia przeze mnie pracy w Landsbergu władze miejskie uczciły cztery jubileusze pracy zawodowej. Jest to dowodem, że w naszym miasteczku zawsze dawał o sobie znać pewien duch obywatelski. Po pierwsze, obchodzono dwudziestopięciolecie pracy nauczyciela Brauna — zobacz stronę 31.

Następnie, w roku 1869, świętowano dwudziestopięciolecie służby burmistrza Buchhorna — zobacz stronę 32. Trzecim był jubileusz służby kasjera miejskiej kasy skarbowej Podehla, obchodzony już w roku 1877, czwartym zaś — niezwykły jubileusz dwudziestopięciolecia pracy komendanta straży miejskiej Schefflera.

Kasjer miejskiej kasy skarbowej August Rudolf Podehl był synem powszechnie szanowanego mistrza rymarskiego Martina Podehla, mieszkającego przy Bramie Młyńskiej, oraz zięciem równie poważanego mistrza białoskórniczego, piwowara i przełożonego kościelnego Eggerta.

A.R. Podehl już wcześnie poświęcił się pracy pisarskiej, nabrał biegłości we władaniu piórem i niebawem wstąpił do służby miejskiej. Wraz ze wzrostem jego osobistych wpływów rosło również jego poważanie. Wkrótce, podobnie jak jego teść, został przełożonym kościelnym oraz członkiem rady kościelnej, a od wielu lat był także zarządcą policji w Schönwiese [Krasnołące] i Eichen [Dębach].

Pamiętając o jego dowiedzionej sprawności urzędniczej, 1 maja 1877 roku przybyła do niego delegacja złożona z trzech członków magistratu i trzech radnych miejskich, z burmistrzem Paapem na czele. Wręczyła jubilatowi podarunek w wysokości 75 marek, a w imieniu obu wymienionych władz miejskich złożyła mu najgłębsze podziękowania za tak długo i sumiennie pełnioną służbę.
Uroczystość zakończyła się skromnym śniadaniem.

Podehl żyje obecnie wyłącznie jako urzędnik, utrzymując się ze swojego wynagrodzenia. Wcześniej posiadał jeszcze należącą niegdyś do jego teścia Eggerta posesję browarną wraz z ogrodem nad Angerem [Młynówką] i kręgielnią. Wszystko to okazało się jednak dla naszego kasjera nazbyt kuszące i — ku pożytkowi oraz pomyślności właściciela — z czasem całkowicie przepadło, przechodząc w ręce kupca Butscha z Eichen [Dębów].

Friedrich Scheffler – miejski wachmistrz

Ostatnim, a zarazem najbardziej osobliwym jubileuszem służbowym był jubileusz miejskiego wachmistrza Friedricha Schefflera.

Obchodził go 1 kwietnia [strona 191] tego roku. Poranna muzyka, urządzona przez jego przyjaciół, wyrwała go z objęć młodej żony — ożenił się bowiem ponownie po śmierci swej poprzedniej małżonki, starszej od niego. Wręczono mu dar Magistratu w wysokości 30 marek wraz z pięknym podziękowaniem za jego uznaną wieloletnią służbę. Do tego doszły drobne podarunki od mieszkańców miasta, między innymi od pastora Benmanna i innych. Scheffler miał więc za co być wdzięczny.

Dlaczego jednak jubileusz Schefflera był wydarzeniem tak osobliwym? Otóż dlatego, że Landsberg nigdy dotąd nie miał okazji obchodzić podobnego jubileuszu.

Zanim ustanowiono fundusz narodowej wdzięczności i fundusz miliardowy po roku 1871, wielu inwalidów wojennych kierowano z urzędu [strona 191], aby dla zapewnienia im utrzymania obejmowali posady przy sądach albo władzach miejskich.

Inwalidzi ci traktowali jednak takie posady zaopatrzeniowe jak dojną krowę, która nigdy nie przestanie dawać mleka. Pili więc bez umiaru i wykonywali swoje obowiązki bardzo niedbale. Skutek był taki, że albo szybko umierali, [strona 192] albo też usuwano ich z urzędu jako niezdolnych do służby.

Tak właśnie działo się u nas w Landsbergu. Z wymienionych powodów miejscy wachmistrze zmieniali się bardzo często, a ponieważ wynagrodzenie na tym stanowisku było niewielkie i niewystarczające, z czasem żaden z „obrońców ojczyzny” nie chciał się już na nie zgłaszać.

Friedrich Scheffler, latem sprawdzony murarz, początkowo objął tymczasowo wakujące obowiązki miejskiego wachmistrza. Ponieważ dobrze radził sobie w tej służbie policyjnej, a żaden kolejny inwalida nie zgłosił się na stanowisko, Scheffler został zatwierdzony jako miejski wachmistrz. Swój trudny urząd pełnił aż do 25-lecia służby, ku zadowoleniu przełożonych.

Z jego poprzedników, których jeszcze pamiętam, Butsch służył zaledwie 9 miesięcy, Bonges 6 miesięcy — tylko sześć miesięcy! — Schröder zaledwie rok.

Gnoß, syn miejscowego szewca Gnoßa, otrzymał nawet po roku 1866, jako inwalida, całkiem dochodową posadę dozorcy więziennego przy sądzie. Jednak i jego wkrótce trzeba było zwolnić, gdyż nazbyt gorliwie oddawał cześć bogu Bachusowi i zaniedbywał obowiązki.

Dla scharakteryzowania Schefflera wystarczy powiedzieć tyle:
Scheffler był wysokim, imponującym mężczyzną. W nowym mundurze, z szeroko plecionymi naramiennikami i szpadą u boku, prezentował się bardzo dobrze.

Na rynku utrzymywał wzorowy porządek. Zdarzało się nawet, że któryś z jego przełożonych musiał zapłacić karę porządkową, ponieważ przed jego domem nie było należycie zamiecione. Spotkało to między innymi zastępcę burmistrza Juliusa Ohlenschlägera.

Mniej interesował się natomiast bocznymi uliczkami, aby nie narażać się biedniejszym mieszkańcom. Jako dobry policjant widział i słyszał tylko to, co chciał widzieć i słyszeć.

Pewnego razu urząd landrata wydał nakaz, aby przez sześć tygodni trzymać psy na uwięzi, ponieważ w naszej okolicy pojawił się wściekły pies.

Tak się złożyło, że mój jamnik Bergmann pojawił się nagle na publicznym rynku, ciągnąc za sobą kawałek sznura, który przegryzł. Scheffler natychmiast zadenuncjował mnie jako osobę łamiącą przepisy i musiałem zapłacić 10 talarów kary.

Tymczasem wielki pies pana Hickmanna, przewodniczącego rady miejskiej, całymi dniami siedział bez uwięzi przed oknem pana wachmistrza.

Scheffler sprawiał wrażenie człowieka zawsze trzeźwego i gotowego do służby, chociaż czasami wypijał całkiem pokaźną ilość aqua vitae.

Podczas wielkiej wojny z Francją dostarczał nam wiele rozrywki, kiedy odczytywał [strona 193] wiadomości o zwycięstwach. [strona 194] Jako dobry Niemiec wymawiał francuskie nazwiska i określenia w sposób tak barbarzyńsko zniekształcony, że nie wiedzieliśmy już, czy wojna toczy się we Francji, czy też gdzieś wśród „Buchkuden” [wyraz w oryginale niejasny]. Mimo wszystko Scheffler był najlepszym wachmistrzem za moich czasów.

„Attention!” — słyszę, jak szanowny czytelnik kroniki woła, mając jeszcze jedno pytanie w tej sprawie:
„Drogi kronikarzu! Przecież i ty służyłeś miastu jako kaznodzieja, rektor i kantor przez więcej niż cztery dziesięciolecia. Czyż twoich starań nie doceniono?”

O tak! Tak!
Ale jako kronikarz nie powinienem pisać subiektywnie o sobie, lecz tylko o innych. Oczywiście nie jest to takie proste, ponieważ sam byłem zbyt silnie uwikłany w sprawy miejskie. Tym razem jednak wygadam się jak uczeń ze szkoły i — skoro już zostałem o to zapytany — opowiem również coś o swojej skromnej osobie.

cdn.

Oryginalny post na Facebooku

AUTOR

Wojciech Wolański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *