Historia

KRONIKA MIASTA LANDSBERG [odc. 47]

Wydobywanie torfu i maszyny torfowe

Szanowny czytelnik kroniki pozwoli zapewne, abym do powyższej dygresji dodał jeszcze jedną podobną — o wydobywaniu torfu i służących do tego maszynach.

W latach trzydziestych i czterdziestych XIX wieku nikomu w Landsbergu nie przyszłoby jeszcze do głowy, że można palić ziemią. W naszym lesie miejskim i w całej okolicy było wówczas tak wiele drewna, iż sądzono, że nigdy nie może go zabraknąć.

Mimo to około roku 1843 lub 1844 wyszukałem sobie dość doświadczonego kopacza i formierza torfu — krawca Borza z Grünwalde [Zielenica] — i poleciłem mu przygotować dla mnie, sposobem hanowerskim, około dwóch tysięcy sztuk torfu na gruntach proboszczowskich, poniżej wiatraka, w kierunku zagajnika Heidchen.

Sposób hanowerski polegał na tym, że masę torfową rozkładano na równej łące warstwą grubości jednej stopy, dobrze udeptywano, wyrównywano, a następnie krojono na kawałki.

Torf był dobry, ale poszczególne bryły miały nieco niezgrabny kształt. Początek został jednak zrobiony i nie pozwoliłem się odwieść od dalszego wydobywania torfu, chociaż publicznie nadano mi przezwisko „Dreckkäfer Scherzander”, czyli mniej więcej „żuk gnojowy Scherzander”.

Na poważnie zabrałem się do produkcji torfu dopiero po komasacji gruntów i po pojawieniu się brudnicy mniszki, która spustoszyła nasze lasy. Działo się to na moim polu przy Sandbergu, obok szosy worlackiej [Droga na Pieniężno].

Tam poleciłem ceglarzom formować torf na stołach, podobnie jak cegły. W ten sposób wykształciłem miejscowych formierzy torfu — Wornitzkiego, Lehmanna, Krolla i innych — którzy wkrótce później otrzymywali pracę przy formowaniu torfu u proboszcza, kupca Reimera oraz kilku innych mieszczan posiadających torfowiska.

Kiedy przekonano się, że torf może niemal zastąpić drewno, miasto kupiło dwie maszyny torfowe systemu Graeberta. Do dziś każdego roku pracują one na torfowisku koło Paustr.

Torf miał być sprzedawany obywatelom po niskiej cenie, z pożytkiem dla miasta. Zaczęto jednak prowadzić tę sprawę niedbale, a wieś wkrótce zaczęła konkurować z miastem. Być może wskutek licznych skarg produkcja torfu zostanie wkrótce lepiej zorganizowana, tak abyśmy my, mieszczanie, rzeczywiście mogli z niej odnieść korzyść.

Torfowisko na gruntach proboszczowskich oraz gospodarstwo Friedrichów nadal posiadają najlepiej odłożony materiał torfowy. Następne pod względem jakości jest torfowisko koło Paustr.
Do tego dołączam, jako autor poniższych uwag, jeszcze jedną informację, aby pokazać mieszkańcom Landsbergu, jak bardzo dotychczas żyli w zacofaniu.

Pierwszy oszczędny piec kuchenny i hermetyczne zamknięcie pieca

Gdy przybyłem tutaj w roku 1841, w naszym miasteczku nie było jeszcze ani jednego oszczędnego pieca kuchennego.
Ponieważ posiadałem dobry torf, podobny w użyciu do węgla brunatnego, nie chciałem spalać go bezużytecznie na otwartym palenisku. Zamówiłem więc w królewieckiej odlewni żelaza „Union” żeliwną płytę kuchenną i poleciłem zbudować piec kuchenny według własnego rysunku.

Płyta kosztowała wówczas aż trzynaście talarów. Zamiast nieglazurowanych kafli piecowych, które przekazał magistrat, kazałem użyć kafli glazurowanych i musiałem dopłacić za nie jeszcze dwa talary.

Kiedy w ten sposób zbudowałem pierwszy piec kuchenny, zamówiłem również hermetycznie zamykane drzwiczki piecowe w słynnej wówczas fabryce żelaza Schichaua w Elblągu. Kosztowały pięć talarów.

Od tej chwili mogłem gotować czysto i ogrzewać pomieszczenia według potrzeby. Dla mieszkańców Landsbergu było to prawdziwe cudo: piec kuchenny stojący niemal pośrodku kuchni oraz piec bez szybra! Było to dla nich całkowicie zagadkowe.

Kiedy później osiadł w mieście mistrz murarski Jeromin, zbudował kilka podobnych pieców kuchennych i pieców z hermetycznym zamknięciem. Urządzenia te szybko rozpowszechniły się, przynosząc mieszkańcom wyraźny pożytek.

A zatem stara proboszczówka posiadała pierwszy piec kuchenny oraz pierwszy hermetycznie zamykany piec bez klapy dymowej.

Grzechy ojców spadają na dzieci

Teraz jeszcze ostatnie spojrzenie wstecz, na martwą epokę — najpierw na nasze najbliższe otoczenie i na samo nasze miasto — pod hasłem: „Grzechy ojców spadają na dzieci”.

Następnie dokonam weselszego przeglądu tych samych spraw w naszych pięknych, nowych czasach, a później zwrócę uwagę szerzej: na naszą ojczyznę, na jej urządzenia państwowe i konstytucję, na cesarza, który jest ojcem kraju, a nie despotą, na zniesienie myta i innych podatkowych ciężarów w naszej metropolii, Królewcu, na zniesienie tak niewygodnych dla podróżnych opłat szosowych i tak dalej — aż do apoteozy Prus i Niemiec w roku 1877.

Chcę więc przedstawić szanownym czytelnikom kroniki jeszcze jeden obraz Landsbergu i jego okolicy z czasów martwej epoki, aby mogli właściwie dostrzec różnicę pomiędzy dawnymi a obecnymi czasami na przykładzie własnego miasta.

Na początku tego stulecia nasze miasto Landsberg nie było znane nawet mieszkańcom Królewca. Kiedy mówiono o Landsbergu, rozumiano przez to zawsze Landsberg nad Wartą.

Zdarzało się więc, że listy kierowane do naszego miasta odbywały daleki objazd przez Landsberg nad Wartą, jeżeli nadawca, nie znając dobrze naszego miasta, nie dopisał dokładniejszego określenia: Landsberg koło Pruskiej Iławy albo Landsberg nad Steinflussem [Kamionką].

Tego ostatniego potoku niejeden podróżny nawet dzisiaj szuka nadaremnie, ponieważ przepływa on ćwierć mili na południe od naszego miasta.

Tylko nieliczni miejscowi kupcy — jak bogaty Weinreich, bracia Carl i Ludwig Ohlenschlägerowie oraz Reimer — utrzymywali kontakty z Królewcem, przede wszystkim w związku z handlem przędzą i lnem. Nazwa Landsberg nad Steinflussem nie występowała wówczas nawet w dawnych podręcznikach geografii.

Poza królewieckimi handlarzami płótnem niewielu obcych przybywało wtedy do Landsbergu. Zjawiał się tutaj stary radca szkolny Dinter ze swoim Gustavem — adoptowanym chłopcem proboszcza Dintera z Dexen — aby wizytować szkoły.

Przyjeżdżał również znany wówczas szeroko astronom Bessel z królewieckiego obserwatorium, aby z najwyższych wzniesień naszej okolicy — Görde i Hasenbergu [Wzgórze zamkowe k. Dzikowa Iławeckiego] — określać wysokości i położenie miejscowości.

Pojawiali się też inni uczeni i przyrodnicy, ponieważ nasza pagórkowata okolica, z torfowiskami i wrzosowiskami, była bardzo interesująca dla botaników oraz zbieraczy chrząszczy i motyli.

Niekiedy przez Landsberg przejeżdżali synowie ówczesnego nadprezydenta von Auerswalda oraz wysocy wojskowi z Królewca, kiedy w hrabstwie Wildenhoff albo w dobrach Steegen [Stegna] urządzano polowania. Powstawało wówczas zawsze wielkie zbiegowisko, gdy panowie ci przybywali ekstrapocztą, przy głośnym graniu rogów pocztylionów.

Jak mało znany był Landsberg w Prusach, przekonałem się osobiście, kiedy w roku 1841 przybyłem tutaj ze szczęśliwej Litwy. Wiele trudu kosztowało mnie odnalezienie drogi do Landsbergu przez Schippenbeil [Sępopol], Bartenstein [bartoszyce] i Pruską Iławę [Bagrationowsk].

Jechałem wówczas jeszcze drogami bez szos. Tuż za Iławą, przy Grünhöfchen [Grądzik], konie musiały brnąć przez ciężką, gliniastą drogę. Między Zipperten [Czyprki] a Woymanns [Wojmiany] należało przejechać przez długi las worieński. W samym środku lasu nad niebezpiecznym trzęsawiskiem prowadził jedynie rozpadający się most z drewnianych bali.

Za Woymanns, na wzgórzu, znajdował się jeszcze brzozowy zagajnik. Kiedy się go minęło, z wysokości dostrzegało się daleko w dole skupisko szarych budynków, niewyróżniające się ani wieżą, ani jakimkolwiek innym wyższym obiektem. Tym skupiskiem budynków było nasze miasteczko Landsberg.

Oryginalny post na Facebooku

AUTOR

Wojciech Wolański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *