Historia

KRONIKA MIASTA LANDSBERG [odc. 45]

1877

Porównanie starego, martwego czasu z piękną teraźniejszością
Aby nasze dzieci teraz, w tej pięknej epoce naszego stulecia, mogły czuć się tym szczęśliwsze i zobaczyć: „Nie zawsze było tak pięknie, jak jest teraz” — chcę raz, jak obiecałem na stronie 116 naszej kroniki, porównać tak zwany stary, martwy czas z obecnym, pięknym, postępowym czasem, choćby tylko w kilku zarysach.

Sądzę, że jako siedemdziesięciodwuletni starzec mogę to uczynić najlepiej, ponieważ przeżyłem oba te okresy naszego stulecia.
Ogólnie można nasze dziewiętnaste stulecie porównać z czasem wieku piętnastego i znaleźć między nimi podobieństwo: oba są epoką wynalazków i rozkwitu wszystkich naszych stosunków — zarówno wielkich, jak i małych; rozkwitu stosunków państwowych i obywatelskich.

Najbardziej godnymi uwagi wynalazkami wieku XV, których znaczenia nie można jeszcze do końca obliczyć, były: odkrycie Ameryki, wynalezienie prochu strzelniczego oraz rozwinięcie sztuki drukarskiej.

Najosobliwszymi wynalazkami wieku XIX są natomiast: zastosowanie pary do naszych stosunków społecznych i przemysłowych oraz wielkie postępy w nauce chemii.

O tych pierwszych, a więc o wynalazkach wieku XV, obszernie opowie wam historia, a już teraz także każdy nauczyciel szkolny. Usłyszycie wtedy, że odkrycie Ameryki przyniosło wielki przewrót w obcowaniu narodów między sobą; że szczególnie Hiszpania zdobyła wielkie kraje w nowej części świata i sprowadziła stamtąd do Europy wielkie skarby w złocie i srebrze, przez co stała się najbogatszym krajem naszego kontynentu, później jednak najuboższym, gdy jej mieszkańcy zniewieścieli i wszystkie swoje potrzeby zaczęli zaspokajać z Francji i Anglii.

Usłyszycie także, jak dzięki wynalezieniu prochu nie prowadzi się już tak długich i niszczących wojen jak na przykład wojna trzydziestoletnia, lecz jak wojnę duńską zakończyliśmy w siedem dni, austriacką w siedem tygodni, a wielką francuską w siedem miesięcy, bijąc naszych wrogów na głowę.

Korzyści sztuki drukarskiej nie da się natomiast w ogóle wypowiedzieć w kilku słowach! Sztuka drukarska stworzyła nam nowy język. Dawne tłumaczenie Biblii dokonane przez Marcina Lutra uchodzi jeszcze za pierwotny tekst naszego powszechnego języka niemieckiego, a dzieła naukowe od owego czasu rozmnożyły się stokrotnie, ba, tysiąckrotnie, i stały się własnością wszystkich narodów wykształconych.

Jakże szybko świat handlu może dziś zawierać swoje handlowe i kupieckie związki, a przez telegraf domykać je z najodleglejszymi ludami, powiększając swoje stosunki handlowe i bogactwa!
O wynalazkach dziewiętnastego, a więc naszego wieku, wspomnę tylko częściowo, gdyż jest ich legion i mógłbym napisać o nich wielką księgę.

Rozkwitu wszystkich stosunków państwowych i obywatelskich w porównaniu z przeszłością niemal nie sposób wypowiedzieć. I nie o to chodzi w tej księdze, lecz o to, bym moim współobywatelom pokazał, w jak pięknych czasach żyją.

Skąd wziął się martwy czas?

Porównując w kilku rysach stary, martwy czas tego stulecia z teraźniejszością, trzeba powiedzieć, że ów stary, martwy czas, o którym chcemy tu mówić, przypada właściwie na okres od roku 1820 do 1840.

Został on przygotowany najpierw przez nieszczęśliwe wojny lat 1806 i 1807. Opowiada się, że nasze Prusy, a zwłaszcza nasza i tak już uboga okolica, po bitwach pod Pr. Eylau i Friedland w roku 1807 zostały przez Francuzów — jako wrogów — a szczególnie także przez Rosjan — jako przyjaciół — tak splądrowane i wyniszczone, że o chlebie, grochu i kluskach mącznych nie było już co marzyć.

Gospodynie naszego miasta zmuszone były zbierać pokrzywy, giersz i ziele jaskrów, a potem gotować z tego jedynie osoloną kapustę, którą szczególnie dzieciom podawano rano, w południe i wieczorem dla uciszenia głodu.

O jakiejkolwiek odmianie nie było mowy, bo zapasowa słonina dawno już została zjedzona przez wrogów, którzy obwąchiwali wszystkie kąty. Masła do okraszenia nie było, gdyż bydło zostało bardzo przetrzebione przez narzucone dostawy dla wojska nieprzyjacielskiego, a także po cichu przez nie wykradane.

Sekretarz sądu miejskiego, a później prywatny sekretarz Nick, teść obecnego handlarza skór Plocha z Hofstraße, zawsze spluwał — sam to widziałem — gdy w późniejszym wieku widział sałatę albo pięknie ugotowaną kapustę. Nie jadł niczego z podobnej zieleniny, bo zbyt mocno obrzydła mu kapusta, którą jako chłopiec w czasach francuskich musiał jeść, aby utrzymać swoje młode życie. Dostawał wręcz torsji, a wszystko przewracało mu się we wnętrznościach, jak sam mówił, gdy widział, jak ludzie mogą rozkoszować się piękną sałatą albo inną zieleniną.

Do martwego czasu przyczyniła się też szczególnie blokada kontynentalna, którą zarządził Napoleon I i kazał surowo nadzorować, aby upokorzyć dumną Anglię. Ale jak całe Niemcy, tak i nasz kraj pruski, a więc również nasza okolica, cierpiały wskutek tego diabelsko obmyślanego środka. Wszelki handel i ruch ustał. Jednym słowem: zbiednieliśmy jak żebracy — i państwo, i jego obywatele.

Ostateczny cios w stronę zubożenia zadały nam jeszcze ogromne wysiłki związane z wojnami wyzwoleńczymi, kiedy oddawano wszystko: złoto i srebro, włosy dziewic i narzeczonych [sic!] oraz inne kosztowności, aby wyposażyć armie i położyć kres panowaniu żądnego władzy władcy naszego kontynentu. Napoleon I został wygnany na Świętą Helenę — Sic transit gloria mundi!

Po tych wojnach, którym poświęcono nasze dzieci i niemal całe mienie, nastąpiło jeszcze większe osłabienie, jeszcze większe zubożenie. Około lat dwudziestych XIX wieku zaczęto się powoli podnosić: znów nabywano bydło i konie, ziemię uprawiano bez dalszych zakłóceń, ale nastąpiła zupełna stagnacja wszelkich ludzkich przedsięwzięć. Nie było handlu ani ruchu, nie było dróg komunikacyjnych, którymi można by produkty wywozić do większych miast handlowych, a co najważniejsze — nie było poza okolicą zapotrzebowania na nasze produkty rolne.

Wtedy dopiero nadszedł naprawdę tak zwany martwy i beznadziejny czas, jakiego może już nigdy nie przeżyjemy i przeżyć nie będziemy mogli. W latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku nie trzeba było wprawdzie głodować — przeciwnie, nasi rodzice mieli wraz z rodzinami i swoim inwentarzem jedzenia i paszy aż po gardło — ale nie mieli ani grosza gotówki.

Pieniądz był w tym martwym czasie rzeczą rzadką, z pewnością najrzadszą. Rzadko trafiało się coś, na czym można było zarobić pieniądze. Nie można było sprzedać dębu, ani funtka masła z gospodarstwa, ani nawet korczyka kartofli — które wtedy dawały jeszcze osiemnaste do dwudziestego ziarno — bo nikt nie miał pieniędzy, by kupować.

Prawie wszystkie produkty gospodarstwa musiały zostać w nim zużyte i zjedzone, jeśli nie chciano ich oddać za pół darmo albo całkiem za darmo. Wiele rzeczy rzeczywiście oddawano, na przykład tak zwane prosięta mleczne.

Dziś prosię mleczne, zależnie od tego, czy ma cztery czy sześć tygodni, kosztuje 2 do 3 talarów. Wtedy zaś sąsiad darowywał sąsiadowi nie jedno, ale parę takich zwierzątek, aby pozbyć się gęby do wykarmienia, bo pieczone prosię uchodziło wówczas za przysmak. Sam pamiętam z lat czterdziestych, że prosię mleczne było wprawdzie dobrą pieczenią, ale nie było rzeczą dobrze sprzedawalną.

Stary mistrz białoskórnik i kościelny Eggert, późniejszy teść jeszcze dziś żyjącego kasjera kamery Podehla, miał na każde strzelanie do jelenia jedno lub dwa prosięta mleczne i uważał za honor, gdy na jego zaproszenie chętnie sięgano po pieczone prosię.

Ponieważ w tym złowrogim czasie szczególnie nasze gospodynie były bardzo ograniczone w wydatkach i nie miały ani grosza, musieliśmy za to płacić my, dzieci, zwłaszcza jako małe brzdące. Na nas i nasze potrzeby nie wydawano pieniędzy. Spodnie i kaftany szyły nam same matki, zwykle także z samodziałowego płótna i sukna wełnianego; kaftany z tak zwanego szarego sukna.

W stanach średnich i niższych nawet ojciec rodziny był — jak mawiano — tkany przez gospodynię domu i przez nią ubierany.
Skórzane buty dla dzieci należały do rzadkości. Zwykle noszono drewniane chodaki i drewniaki, a latem my, dzieci, chodziliśmy boso.

Moja rodzina należała do ludzi leśnych; mój ojciec był nadleśniczym i miał dość wysoką pensję, ale latem my wszystkie dzieci musiałyśmy chodzić boso. Buty zakładaliśmy tylko wtedy, gdy przychodzili obcy, albo w wielkie święta. Dlatego nasze obuwie trzymało się trzy do czterech lat, a my, dzieci, dziwiliśmy się potem, że buty i trzewiki stają się dla nas coraz ciaśniejsze, i winę zrzucaliśmy na szewca.

Ja, najstarszy syn rodziny, nosiłem samodziałowe i własnoręcznie szyte ubrania aż do konfirmacji. Dopiero w roku 1830 dostałem płaszcz z kupnego szarego sukna, gdy zostałem studentem. Unikano każdego wydatku, gdzie tylko dało się go uniknąć.

Każdy gospodarz sam robił swoje wozy, sanie i narzędzia gospodarskie, o ile tylko mógł. Dlatego w bronach naszych Mazurów na ich ziemi znajdowało się tylko drewniane uzębienie, a u Grünwalderów [mieszkańcy Zielenicy], najuboższych mieszkańców naszej parafii, w wozach prawie nie było żelaznego gwoździa.

Zanim zapomnę, chcę jeszcze wspomnieć pewnego człowieka, który oszczędność w ubraniu, a zwłaszcza w butach, doprowadził do najwyższego stopnia. Był to sprzedawca kamienia wapiennego z Ermland, z Kalkstein, nazwiskiem Hehn — nie wiem, jak mam to zapisać; prawdopodobnie nazywał się Hahn. Ten Hehn jeszcze w latach czterdziestych, gdy oferował kamień wapienny, nosił buty przewieszone przez ramię na plecach. Gdy pytano go: „Hehn! Jak długo macie już te buty?”, odpowiadał: „Prawie dziesięć albo dwanaście lat”.

Uprzęże końskie u chłopów i uboższych mieszczan były z konopnych pasów, bez jednego żelaznego pierścienia czy błyszczącej sprzączki. Tak unikano każdego wydatku, który kosztował pieniądze, lecz wszystko pozostawało przez to w tym samym ubogim i nieporadnym stanie, a nawet cofało się ku jeszcze większej niedoskonałości i nieporadności.

Tak na przykład jeżdżono wówczas stale na wąskotorowych saniach! Co za absurd! Co za nieporadność! Co pięć kroków sanie się wywracały, jeśli nie uważało się i nie wystawiało nóg z sań, by zapobiec wywrotce. Przy każdym zwożeniu zboża wąskotorowym wozem dwóch lub trzech ludzi z widłami musiało starać się utrzymać załadowany wóz w pionie, a mimo to aż nazbyt często się przewracał i łamał siedzącym na nim ręce i nogi.

Stąd brało się to, że w małych miastach, a nawet na wsi, w większych miejscowościach mieszkali chirurdzy i tak zwani felczerzy zamiast wypróbowanych lekarzy, bo złamania rąk i nóg zdarzały się zbyt często.

Ach, trzeba było słyszeć ten spektakl, wręcz formalną rewolucję, gdy władza państwowa, oparta na opinii techników, nakazała wprowadzenie szerokotorowych wozów i szerokich sań, na których można było jeździć bez niebezpieczeństwa i ładować znacznie więcej! Przez trzy, cztery, pięć, a nawet sześć lat brano jeszcze kolejno od władz licencje, aby móc używać starych pojazdów, a mimo to przesąd przeciw nowym środkom transportu nie chciał ustąpić.

Konie po wojnach wyzwoleńczych nie rozmnażały się tak szybko i pozostawały stosunkowo bardzo drogie. Tym bardziej natomiast rozmnażało się bydło rogate, szczególnie w bogatych w łąki nizinach, i było sprzedawane oraz kupowane za śmiesznie niskie ceny.

Stara krowa rzeźna w wieku dziesięciu do piętnastu lat kosztowała w latach dwudziestych tylko 6 do 8 talarów. Dziś za 60 do 70 talarów, które daje się za dobrą krowę mleczną, można by było kupić osiem albo dziewięć takich krów!

Każdy, kto tylko miał gotówkę, kupował sobie jesienią wraz z sąsiadem taką krowę rzeźną, dobrze ją jeszcze podkarmiał, a potem przez całą zimę miał dla siebie i swoich ludzi mięso peklowane i wędzone. Najwięcej bydła rzeźnego dostarczała wtedy Labiauer Niederung, a z targu w Labiau sprowadzano pół albo nawet całe ubite sztuki bydła po śmiesznych cenach 3–5 fenigów za funt według naszych pieniędzy.

Drewno opałowe już dziś trudno dostać, a ubogi nie może już kupić sobie opału za 2 talary do 2 talarów i 10 srebrnych groszy! W latach czterdziestych kupowało się tutaj dobry wóz drewna opałowego za 8 do 10 srebrnych groszy od chłopów z Schönwiese i Eichen.

Aby więc ów martwy, tani i nieporadny czas stanął wyraźnie przed oczami w porównaniu z naszym drogim, lecz mimo to pięknym czasem, chcę krótko podać cennik zbóż, bydła i drewna.

-> załączona ilustracja z tabelką

Tak, to były śmieszne ceny martwego czasu!
A gdy biedny człowiek chciał zabić świnię, wtedy czatowali siepacze — urzędnicy akcyzowi, którzy pod jednym rządcą akcyzy stacjonowali we wszystkich miastach i większych miejscowościach — i nawet najuboższy musiał oddać ostatni grosz na podatek ubojowy.

Teraz jest inaczej: teraz biedny człowiek nie płaci żadnego takiego podatku, a człowiek zamożniejszy płaci swoją umiarkowaną klasową daninę i może ze swoją własnością robić, co chce i jak chce.

Oryginalny post na Facebooku

AUTOR

Wojciech Wolański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *