Wzrost naszego Towarzystwa Zaliczkowego [Vorschußverein]/
Rok 1876 był już, zwłaszcza dla kupców, rokiem słabym, lecz następny, 1877, był jeszcze słabszy i nie dawał nic do zarobienia, ponieważ od kilku już lat plony były ledwie średnie, a rolnik, gospodarz wiejski, miał niewiele pieniędzy, które mógłby przynieść do miasta na zakupy — przecież to chłop, rolnik, musi żywić mieszczan.
Najlepiej w tych latach trzymał się jeszcze stan średni, drobni rzemieślnicy, a zjawisko to przypisuję wsparciu naszego Towarzystwa Zaliczkowego.
Tak, nasze Towarzystwo Zaliczkowe w latach od 1873 do 1877 bardzo się podniosło i przeżyło gwałtowny rozwój. W roku 1873 liczyło ono 149 członków, a na koniec roku 1877 już 441. W obrocie gospodarczym przez kasę naszego Towarzystwa przeszło w 1873 roku – 39 000 marek, a w roku 1877 już 346.499 marek, które — vice versa — przeszły przez ręce naszego kasjera.
W tym samym stosunku od roku 1873 do 1877 wzrosła każda pozycja: fundusz rezerwowy wynosi obecnie 1972 marki. Wkłady członków Towarzystwa wynoszą już 27 176 marek; fundusz depozytowy 23 738 marek, a na cele kształceniowe, a więc na wydatki płacowe, na zakup ogniotrwałej kasy Neumanna z Koenigsberg, na druki itd., kasa Towarzystwa mogła już wydać 1355 marek. Roczna dywidenda przez wszystkie te lata wynosiła 8 do 10 procent.
Pożyczek udzielono w roku 1877 – 1899 osobom, a więc tylu członków naszego Towarzystwa mogło w swojej potrzebie uzyskać pomoc i przez to ułatwić sobie egzystencję — a to, przy tak niewielkiej liczbie mieszkańców naszego miasta, należy naprawdę wysoko cenić. Świadczy to bardzo dobrze o pożyteczności naszego Towarzystwa Zaliczkowego.
Jawnych strat Towarzystwo nasze w latach 1873–1877 nie musiało opłakiwać, a zawdzięczamy to uwadze i roztropności panów z naszego ściślejszego zarządu, którzy interweniowali, gdy niebezpieczeństwo było bliskie.
Członkowie ściślejszego zarządu są nadal ci sami, wybrani w roku 1873, z wyjątkiem tego, że na miejsce pana sekretarza Ehlerta już prawie przed dwoma laty wybrano pana aktuariusza Groeninga.
Stanowisko starego i godnego kasjera, pana Teicherta, próbowano niestety obsadzić innymi osobami, jednak starego, wypróbowanego pana Teicherta Walne Zgromadzenie potrafiło zawsze utrzymać — znak wielkiego zaufania, jakim ten człowiek się cieszy.
Wykluczono dotąd z naszego Towarzystwa tylko dwie osoby: jedną z powodu sfałszowanego podpisu poręczyciela, drugą z powodu skandalicznego zachowania wobec członków zarządu Towarzystwa.
Sprawa nożowa
Często słyszeliśmy o wybuchach zwierzęcego grubiaństwa albo o tak zwanych sprawach nożowych w miastach handlowych i portowych: Danzig, Elbing, a nawet w naszej metropolii Koenigsberg, gdzie rozpasani marynarze, tragarze worków i nieokrzesani przewoźnicy rozstrzygali sprowokowane po pijanemu spory między sobą pchnięciami noży i innymi ostrymi narzędziami.
Nierzadko zdarzało się, że niektórzy z tych nożowników pozostawali od razu martwi na miejscu. My, prowincjusze, byliśmy jednak radzi, że takie zwierzęce grubiaństwa są jeszcze od nas dalekie.
Jednak już wkrótce dobra sława naszego miasteczka miała zostać splamiona przez podobne zdarzenie, jak te, które wyżej opisałem. Od kilku lat zakorzenił się bowiem u nas zwyczaj — albo raczej nieobyczaj — wśród młodych rzemieślników, by obok „niebieskiego poniedziałku” świętować także piątkowy dzień targowy.
Tego dnia leżeli prawie przez cały dzień po szynkach, wieczorem grali z rozpalonymi głowami w karty, a na koniec aż nazbyt często dochodziło do uroczystej bójki, z której niejeden z podbitymi oczami musiał w końcu szukać drogi ucieczki, aby nie wpaść w ręce policji.
Taka bójka wydarzyła się w poprzednim roku /1876/ w domu Lamprechtschen. Pewien młody, przybyły z zewnątrz, zuchwały rzeźnik nazwiskiem Sturz nie wyciągnął nóż przeciw silnemu miejscowemu pomocnikowi piekarskiemu Egloffowi i został wypchnięty z lokalu.
Natychmiast Sturz poszedł do domu, uzbroił się w rzeźnicki nóż i gdy jego silniejszy przeciwnik Egloff później w nocy, po lamprechtowskim lokalu, poszedł do domu, Sturz napadł go od tyłu i zadał mu pchnięcie nożem, które trafiło go w okolice płuca.
Egloff natychmiast osunął się na ziemię, musiano go zanieść do domu i dopiero po sześciotygodniowej kuracji został ponownie postawiony na nogi przez naszego zręcznego doktora Kleina.
Sturz został natychmiast postawiony przed sądem i za swój występek skazany przez przysięgłych na trzy lata więzienia oraz poniesienie kosztów. Dom Sturza przestał u nas istnieć, lecz surowa sądowa wiedza o tym fakcie zadziałała: owe huczne wybryki ustały, tak że teraz nawet porządne osoby mogą odwiedzać gościńce w dni targowe, co jeszcze niedawno wydawało się bardzo śmiałe.