Historia

KRONIKA MIASTA LANDSBERG [odc. 41]

Osiągnięcia naszego stanu mieszczańskiego i rzemieślniczego
Stan rzemieślniczy i zawodowy naszego miasta nie poczynił od 1840 roku takich postępów, jakich należałoby oczekiwać, a prawdopodobnie dlatego nie, że większość młodych ludzi nie wzięła sobie do serca ogólnej zasady tak często głoszonej im w szkole: „Tylko obczyzna czyni ludzi!”.

Spośród szewców prawie nikt nie poszedł w świat, dlatego legion mistrzów wyrabia tylko obuwie targowe, które zbywa w Königsberg [Królewiec] do otwartych sklepów obuwniczych przy Wasser- i Schuhgasse.

Chwalebnym wyjątkiem, wykonującym dobrą robotę na zamówienie, był jednak kulawy Albert Fischer, syn starej rodziny szewskiej Taube, mieszkający przy Hollerze naszego Töpferteichu [prawdopodobnie chodzi o upust ze stawu garncarskiego]; z powodu swej ułomności nie mógł on pójść w świat.
Podobnie młody Loffan, którego matka — jako jedynego syna — nie chciała wypuścić z domu.

O tym, że szkoła zrobiła swoje także dla stanu szewskiego, zwłaszcza w zakresie mechaniki i rysunku, świadczy przykład młodego Kowalewskego, syna wdowy Kowalewskiej, krewnej starego mistrza tokarskiego Simona.

Ledwie K. przebywał rok czy dwa w Königsberg [Królewiec], gdzie uczył się rzemiosła szewskiego, a już został odznaczony srebrnym medalem rzemieślniczym. Podobno takie wyróżnienie za próbne prace rzemieślnicze otrzymał także inny uczeń naszej szkoły, jako kowal; jego nazwiska jednak nie mam teraz w pamięci.

Powodem, dla którego młodzi ludzie ze wszystkich rzemiosł tak rzadko ruszają w świat, jest to, że już jako czeladnicy, ba, nawet jako chłopcy, znajdują sobie narzeczone — a nasze miasteczko, niestety, ma całkiem ładne dziewczęta — po czym szybko się żenią i w ten sposób przywiązują się do rodzinnej ziemi.

Ci młodzi ludzie, którzy uczą się rzemiosła poza miastem albo emigrują, zwykle już nie wracają. Tak Schmidt, syn dawnego dzwonnika i mistrza krawieckiego Schmidta, osiadł w Danzig [Gdańsk] i podobno jest tam człowiekiem dzielnym i szanowanym. Jaquet, adoptowany syn dawnej tutejszej przekupki Jaquet, miał zostać zdolnym mistrzem rymarskim i kaletnikiem.

Monter Morgenstern

Najbardziej osobliwym z nich jest jednak Morgenstern, syn zmarłego tutejszego mistrza rzeźnickiego Morgensterna. Morgenstern w biedzie i niedostatku uczył się rzemiosła swego ojca, potem jednak nie wytrzymał już długo w domu; musiał sam zostać kowalem własnego szczęścia i ruszył w świat.

Podczas swoich wędrówek wzdłuż i wszerz przez prowincje naszej ojczyzny dotarł także do Berlina, a nawet dalej — do miast hanzeatyckich Hamburga i Bremy. Tam ujrzał najżywszy ruch świata: las okrętowych masztów, pojawianie się obcych ludzi, brzmienie nigdy dotąd niesłyszanych języków. Wszystko to skierowało jego myśli ku zagranicy.

Chciał sam zobaczyć i poznać ten inny kraj za oceanem, który tak często opisywano mu w szkole. „Kto boi się iskier, ten nie będzie dobrym kowalem” — pomyślał. Chciał dokończyć wykuwanie szczęścia swego życia i chociaż przykre przeciwności pryskały wokół niego jak iskry wokół kowala przy kowadle, zaciągnął się na statek jako pomocnik kucharza i dotarł do swego wymarzonego Eldorado — do Ameryki.

Jakie losy spotkały go tam na początku, tego nie wiem, lecz po latach przyszedł do jego bliskich, żyjących jeszcze w Landsbergu, list następującej treści:

„New York! Dnia tego a tego 18??
Moi Kochani! Tego lata przybędę z armatą odtylcową do Preußen [Prus] i jeśli przypadnie mi w udziale to szczęście, że państwo pruskie kupi ode mnie działa albo przynajmniej udzieli mi na nie patentu dla państwa pruskiego, wtedy wszyscy będziecie szczęśliwi itd., itd.
Wasz Morgenstern, pełnomocnik i monter fabryki żelaza i stali ?? w New York.”

Morgenstern rzeczywiście tego samego lata przybył do Prus ze swoimi działami odtylcowymi. Od Komisji Prób Strzeleckich w Spandau otrzymał najlepsze świadectwa — Morgenstern przysłał je nam drukowane i wycięte z jednej z nowojorskich gazet w długich paskach, więc sam je czytałem — ale dział od niego nie kupiono, ponieważ król armat, Krupp-Essen, nie pozwolił się pokonać Amerykanom.

Nowojorskie działa odtylcowe zostały prawdopodobnie później zakupione i wykorzystane przez Unię Amerykańską w wojnie przeciwko stanom południowym.

Właściciel majątku Kohnert

Jeszcze jedną osobistość, która wyróżniała się zarówno jako chłopiec w szkole rektorskiej, jak i później jako mąż w życiu, chcę przedstawić szanownym czytelnikom.

Gdy przed kilku laty sędzia powiatowy Schroeter, godny następca naszego starego radcy sądu powiatowego Steinera, został powołany z sądu powiatowego w Bartenstein [Bartoszyce] jako asesor na posiedzenie sądu przysięgłych w Bartenstein, wrócił z tego posiedzenia cały rozentuzjazmowany i opowiadał wiele o pewnym właścicielu majątku, Kuhnerze albo Kuhnercie.

Człowieka tego, rzecz osobliwa, przez osiem dni z rzędu wybierano na przewodniczącego ławy przy różnych sprawach procesowych, choć sam nie został wylosowany do żadnej sprawy. Na koniec, podczas końcowego spotkania wszystkich sędziów z przysięgłymi, wygłaszał humorystyczne mowy dziękczynne i najzabawniejsze toasty, zwłaszcza na cześć dyrektora sądu powiatowego i naczelnego prokuratora.

Słuchaliśmy tej opowieści z wielkim zainteresowaniem, lecz długo nie mogliśmy ustalić, kim był ów rzekomy Kuhner albo Kuhnert, aż wreszcie sędzia powiatowy Schroeter zajrzał do spisu przysięgłych i powiedział nam: ten osobliwy, powszechnie lubiany przysięgły nazywa się właściwie Kohnert i jest właścicielem majątku Eliesenwerk koło Friedland an der Alle.

Wtedy wszyscy poznaliśmy tego niezwykłego przysięgłego i ucieszyliśmy się, że ten Kohnert, jako dziecko Landsbergu, sprawił nam taką radość. Kohnert był bowiem synem zmarłego Ackerbürgera Kohnerta z Hofstraße [ul.Sikorskiego], a później został szwagrem mistrza kołodziejskiego Hoffmanna i właściciela gospody Loffau w Woymanns [Wojmiany] albo Lossau.

Kohnert już jako chłopiec był osobliwym uczniem mojej klasy rektorskiej. Innych chłopców trzeba było biciem pędzić do szkoły, on zaś dostawał od ojca, gorliwego rolnika, lanie wtedy, gdy poszedł do szkoły, a nie chciał bronować w polu — co sam widziałem przed drzwiami, w przedsionku mojej klasy.

Kohnert miał piękny głos dyszkantowy i przez długie lata był prowadzącym dyszkantu w śpiewie chóralnym. Przy chórach mieszanych w kościele damy musiały się bardzo starać, jeśli chciały w solówkach prześcignąć małego Kohnerta.

Był też bardzo lubiany wśród swoich współuczniów, bo gdy latem wieczorem prowadził osiem koni swego ojca na pastwisko, na każdym z pozostałych siedmiu koni siedział szkolny kolega. A gdy ta kawalkada mijała mnie, zwykle podjudzałem ich do galopu i wyścigów.

Jak wiele Kohnert nauczył się w szkole pod względem wiedzy, wynika choćby z tego, że po swojej konfirmacji i po separacji gruntów poszedł za ojcem na wybudowanie przy Heidchen i tam samodzielnie, według własnego planu, wznosił i dobudowywał budynki z muru pruskiego, a nawet, na podstawie niwelacji, doprowadził wodę ze Steinfluss [Kamionki] do swojego gospodarstwa.

Pierwszą młodzieńczą miłością Kohnerta była jedna z córek starego radcy sądowego Steinera. Stary pan chętnie oddałby młodemu człowiekowi swoją córeczkę, ale pani radczyni nie chciała spokrewniać się z rodzinami mieszczańskimi z miasta i była przeciwna. Dlatego Kohnert pozostał [odczyt niepewny; sens zapewne: nie ożenił się z nią]. Obecnie żyje jako rentier, właściciel dużego domu mieszkalnego w Königsberg.

Dzielnym człowiekiem w świecie handlu jest Ploch, syn tutejszego mistrza garbarskiego Plocha i brat handlarza skórami Plocha z Hofstraße, urodzony w Fischhausen. Za radą aktuariusza Ottona Dublina Ploch trafił jako uczeń do domu mojego kuzyna i szwagra mego brata A. Holldacka w Finken koło Worienen [Woryny], do radcy handlowego Sellnicka w Fischhausen.

Ja sam poleciłem chłopca jego pryncypałowi jako mojego dawnego ucznia bardzo gorąco i zapewne także w ten sposób, choć nikt z jego bliskich o tym nie wie, pomogłem położyć fundament pod przyszłe szczęście tego młodego człowieka.

Ploch później, jeszcze jako subiekt Sellnickowskiego sklepu z towarami kolonialnymi, przejął go na własny rachunek, a po śmierci radcy handlowego także handel zbożem wraz ze spichrzami itd. i wkrótce stał się zamożnym, bardzo poważanym człowiekiem.

Postępy w muzyce i śpiewie

W muzyce uczniowie szkoły rektorskiej nie czynili wielkich postępów. Oprócz nauczycieli Rußlanda i Balzera, którzy już jako nauczyciele musieli nauczyć się gry na fortepianie i organach, niewielu uczniów dało się nakłonić do nauki muzyki. Co roku, zwłaszcza w czasie wizytacji kościelnej, zachęcałem do tego, lecz nic to nie pomagało, bo rodzice byli zbyt biedni i bali się miesięcznej opłaty 4–5 guldenów u miejskiego muzyka.

Gdy nic nie pomagało, kupiłem za jednym razem pięć czy sześć fletów tercjowych i udzielałem chłopcom pierwszych lekcji gry na flecie. Wtedy dopiero zaczęło się — trąbiło i ćwierkało we wszystkich domach, na Angerze i w ogrodach, w piękny czas letni.

Sądzę, że obecny cukiernik Hartwich i chirurg Rußland byli jeszcze moimi uczniami w grze na flecie. Introligator i bibliotekarz Grundmann gra dobrze na skrzypcach.

W śpiewie chór uczniowski był za moich rządów bardzo dzielny. Przyznawali to wszyscy wizytatorzy szkolni. Ponieważ jako kantor sam, z wielkim poświęceniem i aż do wyczerpania, ćwiczyłem śpiew, miałem na każde święto odpowiedni utwór, a na większe święta zwykle kantatę z chórem mieszanym.

Wspierali mnie przy tym ówcześni nauczyciele, młode damy z naszego miasta, stary radca sądowy Steiner, zawsze kontrolerzy podatkowi Paul i Fischer, kupiec Albert Ohlenschläger oraz różni przyjaciele śpiewu.

Ach, jak pięknie brzmiał śpiew chóralny podczas pogrzebów, gdy kondukt szedł przez miasto! Jak pięknie brzmiały pieśni przy grobach — dzieci i starców, ojców i matek — zależnie od tego, jakich pieśni żałobnych sobie życzono! Prawie każda rodzina w żałobie zamawiała u mnie odprowadzenie zwłok z chórem uczniowskim, a kantorowanie przynosiło mi więcej niż rektorat albo urząd kaznodziejski.

W dni urodzin króla z chóru organowego rozbrzmiewały hymny pochwalne i radosne. Pewna komisja wojskowa, która kiedyś po wojnie duńskiej podczas uroczystości kościelnej rozdawała ordery dzielnym wojownikom naszej parafii, zdumiała się i przyjęła to z najwyższym uznaniem, gdy po uroczystej mowie naszego proboszcza od ołtarza z chóru organowego spłynął hymn świąteczny z solami: „Śpiewajcie, radosne chóry, śpiewajcie królowi chwałę!”

Poza tym wśród wykształconej publiczności zawsze istniał kwartet — właściwie podwójny kwartet śpiewaczy — który zwykle pielęgnował i prowadził stary radca sądowy Steiner. Wykonywano śpiewy ze zbiorów [tytuł nieczytelny] i „Orpheus”, a także śpiewano z bogatego zbioru pieśni [Taylichkeita?]. Gdy spotykano się na świętach strzeleckich albo przy podobnych okazjach, śpiewano.

W latach czterdziestych w mieście było tylko kilka instrumentów strunowo-klawiszowych. Radca sądowy Steiner miał z początku tylko szpinet albo klawikord, podobny do tych instrumentów, na których niegdyś Mozart i Beethoven wygrywali swoje niezrównane utwory. Właściciel farbiarni Krosczewski miał fortepian skrzydłowy, a dr Heinrich już większe pianoforte.

Liczba instrumentów strunowo-klawiszowych

Obecnie nasze miasto liczy z pewnością już około dwudziestu pianin i fortepianów. Jest to ogólny skutek rozwoju czasów, ale także tego, że można tu otrzymać lekcje gry na fortepianie.

Prawie wszyscy nasi nauczyciele udzielają bowiem nauki gry na fortepianie, a moja córka Therese już od 10–12 lat z dobrym skutkiem uczy muzyki, tak że wkrótce jej uczennice same będą mogły udzielać lekcji.

W ten sposób potomności został przekazany historyczny dowód obecnego stanu naszego miejskiego wykształcenia.

Oryginalny post na Facebooku

AUTOR

Wojciech Wolański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *