Historia

KRONIKA MIASTA LANDSBERG [odc. 40] — Strony 96-106

Poprzednia karta uległa zniszczeniu i sam kronikarz, pisarz kroniki, ją wyciął.

Reitz zmarł w 62. roku swego życia i w 8. roku swej urzędowej działalności w gminie landsberskiej. Wcześniej był proboszczem hrabiowskiej gminy Canditten [Kandyty] koło Wildenhoff [Dzikowo Iławeckie].

Reitz był dobrym kaznodzieją, ale zupełnie nie znał się na muzyce, skąd wynikło, że nabożeństwo liturgiczne, które za proboszcza Westphala dzięki mojemu gorliwemu współdziałaniu kwitło, zostało bardzo zaniedbane; wkrótce śpiew kościelny niemal całkowicie ustał. Nawet podczas naszych wielkich świąt kościelnych z chóru organowego nie rozbrzmiewał już żaden hymn.

Żadnych zwłok nie odprowadzano już do grobu przy pobożnych, kościelnych melodiach, ba, sam proboszcz Reitz przestał w kościele śpiewać słowa błogosławieństwa przy świętej Wieczerzy Pańskiej — zapewne z poczucia fizycznej słabości.

Wielki to błąd w naszym kościele ewangelickim, gdzie nabożeństwo samo w sobie jest już tak nagie i blade, zwłaszcza w czasie Kulturkampfu, kiedy duchowni powinni raczej przyciągać członków gminy niż ich odpychać.

Błąd szczególnie także w naszych tak materialnych czasach, gdy wprowadzenie rejestrów cywilnych, prowadzonych przez świeckich, ze względu na koszty coraz bardziej oddala wielu członków gminy od kościoła, tak że wielu nie bierze już ślubu kościelnego, a pojedynczy — ogółem trzy pary — nie pozwalają nawet chrzcić swoich dzieci. Dokąd, pytam, doprowadzi to kiedyś nasze praktyki religijne??!!

To się przebije, będzie lepiej, z pomocą naszego Boga: ut omnia Deus bene vertat! — oby Bóg wszystko dobrze obrócił!

Chwilowy status quo wykształcenia naukowego [edukacji]

Nie będzie dla szanownych czytelników tej kroniki bez zainteresowania, jeśli przedstawię im w kilku rysach chwilowy stan wykształcenia naukowego naszych miast, skoro jestem na miejscu już blisko 50 lat i widziałem, jak wszystko od tamtego czasu postąpiło naprzód.

Gdy w maju 1841 roku przybyłem z pięknego Lichtenau, z dóbr dessauskich, gdzie przez kilka lat byłem kandydatem urzędu kaznodziejskiego i nauczycielem domowym, do Landsberg, wśród robotników i mieszczaństwa mówiono jeszcze gwarą natangijską — taką, jakiej na czerwonych gliniastych ziemiach przy miastach Allenburg, Gerdauen albo Friedland nie można było znaleźć bardziej rażącej, a raczej straszniejszej.

Rozdzierało to człowiekowi ucho, kiedy słuchało się przeciągłego dialektu Landsbergerów [mieszkańców Landsberg/Górowa Iławeckiego] i okolicy, naszpikowanego wszystkimi przegłosami i podwójnymi dźwiękami.

Nie trwało to jednak długo. Wraz z rozkwitem i pomnożeniem szkół — Dinter, stary Dinter!! — w których szczególnie zwracano uwagę na wymowę dzieci, przez nauczycieli wykształconych w seminariach, ustał także ten odpychający dialekt natangijski.

Obecnie wszyscy mówią tak zaokrąglonym i miękkim tonem, jak mówi się w naszej wykształconej metropolii, mieście Königsberg [Królewiec]. Oczywiście nadal mówi się, jak przed 45 laty, w plattdeutsch w większości rodzin mieszczańskich, jednak ten platt zniknie dopiero wtedy, gdy ogólnie ludzie staną się bogatsi i zamożniejsi.

[ wyjaśnienie WW : Hochdeutsch (wysokoniemiecki) — niemiecki literacki / szkolny / urzędowy.
Plattdeutsch / Niederdeutsch (dolnoniemiecki), mowa codzienna północnych Niemiec i dawnych ziem pruskich. ]

Ja sam przynajmniej chciałem w szkole i w obrębie szkoły zadomowić język wysokoniemiecki, nakładałem kary za mówienie w plattdeutsch, ale nie udało mi się go wykorzenić. Na marginesie: „Bogu dzięki!”. Tak samo nie udaje się to moim następcom.

Dzieci między sobą mówią po platt tak samo jak za moich czasów, zwłaszcza gdy wiedzą, że nie są obserwowane. Dzieje się tak dlatego, że ich rodzice w domu nadal nie chcą się skłonić ku wysokoniemieckiemu; obecnie najwyżej 4 albo 5 rodzin mieszczańskich mówi w swoim domowym kręgu po wysokoniemiecku. Dzieci najchętniej czynią więc między sobą to samo.

Urządzenie i osiągnięcia naszej szkoły miejskiej

Wykształcenie naukowe naszych mieszczan poznamy także po osiągnięciach naszej szkoły. W roku 1841 zastałem naszą szkołę miejską jako trzystopniową szkołę średnią. Była tam mieszana klasa niższa Bahra, mieszana klasa średnia Brauna, następnie jako trzeci stopień: klasa dziewczęca Buchhorna i moja klasa rektorska.

Klasa średnia Brauna i moja klasa rektorska mieściły się w starym budynku szkolnym na cmentarzu kościelnym obok starej kapelanii, mojego mieszkania służbowego. Klasa niższa i klasa dziewczęca mieściły się w prywatnych budynkach, zwykle przy rynku, aż do czasu budowy nowego budynku szkolnego — zob. fol. 28.

Gdy z czasem liczba dzieci w klasie niższej ogromnie wzrosła, szczególnie wskutek napływu rodzin robotniczych ze wsi — miasta były bowiem zawsze jedynym miejscem schronienia dla rodzin bez pracy albo takich ludzi, którzy chcieli założyć własny stan rodzinny, urządzono także osobną szkołę ludową, tak zwaną Meckelburgsche Armenschule, szkołę ubogich Meckelburga, która wkrótce otrzymała Reimersche Unterklasse, klasę niższą Reimera, i razem z nią została umieszczona w nowym budynku szkolnym.

Chociaż w klasie rektorskiej uczono także łaciny — a zatem przez 4 godziny tygodniowo, lecz prywatnie — chociaż dzieci w geometrii doprowadzano aż do wielkiego twierdzenia Pitagorasa, chociaż w fizyce, mechanice i „Stathropologie” chłopcy byli dość dobrze obeznani, chociaż po niemiecku, według metody dyrektora sierocińca Steegera, według dobrych dyspozycji i według gramatyki Wurfta, pisano dość dobre wypracowania długie na arkusze — mimo to bardzo trudno było przygotować dzieci klasy rektorskiej do Quarty gimnazjum.

Co zaś nasza szkoła osiągnęła, to najlepiej pokazało praktyczne życie jej wychowankom, i to chcę w krótkości przedstawić szanownym czytelnikom, bez potrzeby chwalenia samego siebie, bo propria laus foetet — własna pochwała cuchnie.

Osiągnięcia naszej szkoły, a zwłaszcza klasy rektorskiej, w ogólności szczególnie podnosił fakt, że było powszechną regułą: gdy uczniowie rektorscy wstępowali do wojska, po półtora roku, najwyżej po dwóch latach zwykle Podoficerowie, wachmistrze, feldfeble, podporucznicy artylerii przyjeżdżali na urlop już z galonami podoficerskimi.

I tak wiem, że w całym czasie mojego urzędowania nauczycielskiego przy tutejszej szkole tylko 3–4 uczniów rektorskich zostało zwolnionych z wojska bez galonów.
Jednym z nich jest żyjący jeszcze u nas Ackerbürger Marienfeldt z Woymannsche Vorstadt [przedmieście wojmiańskie].

Wielu z tych podoficerów zostało feldfeblami i wachmistrzami, jak bracia Paetzold; dwóch z tych podoficerów zostało nawet młodymi porucznikami: są to syn tutejszego, jeszcze żyjącego skarbnika kamery miejskiej Podehla, imieniem Otto Podehl w Spandau, oraz syn zmarłego dzwonnika Schmidta, imieniem Heinrich Schmidt w Danzig [Gdańsk].

Sekretarze sądowi

Kilku moich uczniów rektorskich, bez późniejszej naukowej pomocy, zostało nawet sekretarzami sądowymi; między innymi syn tutejszego szewca Kietzmanna, imieniem Albert Kietzmann w Heiligenbeil [Mamonowo obwodu królewiecki].

Dalej szczególnie syn tutejszego właściciela farbiarni Biestra, imieniem Carl Biester, w Königsberg [Królewiec], później w Heiligenbeil, gdzie zmarł jako człowiek i urzędnik szanowany. Żyjący tu jeszcze kupiec C. Gruhn był jego ojczymem.

August Podehl, syn, i to najstarszy, skarbnika kamery miejskiej Podehla, pełni funkcję sekretarza Neustädter Kreis-Ausschuss w zachodnich Prusach. Otto Dublin, syn zmarłego tutejszego skarbnika miejskiego Dublina, bardzo obiecujący młody człowiek, zmarł jako Kreis-Gerichts-Akteur w Fischhausen, po tym jak chlubnie zdobył w szkole realnej świadectwo tercjanera do egzaminu sekretariackiego.

Choć pochodzili z innych szkół, wspomnę jeszcze dwóch młodych ludzi, których przygotowałem do egzaminu do Tertii szkoły realnej, a więc do fachu sądowego. Są to Akteur Grupps, zięć mistrza stolarskiego Balzera, oraz obecny sekretarz sądu powiatowego Ehlert w Barten [Barciany], który u nas przy zakładaniu Vorschuß-Vereinu, Towarzystwa Zaliczkowego, chlubnie się wyróżnił — zob. s. 67. Grupps złożył egzamin przy szkole realnej w Löbenicht, Ehlert przy szkole realnej w Insterburg [Czerniachowsk] pod dyrektorem Krahem. Ehlert pozostanie także w przyjaznej pamięci towarzystwa jako chętnie widziany intendent teatralny; był rodem z Fischhausen.

Zdolni nauczyciele z rodzin Balzer i Rußland

Także dla zawodu szkolnego nasza klasa rektorska dostarczyła niemałego kontyngentu. Wybitnym nauczycielem był Albert Balzer, syn wdowy po akuszerce Balzer, nauczyciel w Huntauchen. Dalej Louis Rußland, syn znanej rodziny szewskiej Rußlandów, najpierw nauczyciel nowo założonej szkoły w Wildenhoff, obecnie dobrze ustanowiony i lubiany kantor oraz organista hrabiowskiego kościoła wildenhoffskiego w Canditten [Kandyty]. Rußland dobrze śpiewa i gra na fortepianie oraz na organach.

Szczególnie wybitny był jednak jego starszy brat Julius Rußland, i jeśli o nim, jako o moim pupilu, opowiem nieco obszerniej, szanowni czytelnicy tej kroniki, jako jego staremu nauczycielowi, wybaczą mi to.

Julius Rußland już jako chłopiec siedział na ławie organowej naszego kościoła przy swoim nauczycielu, organiście Braunie, i często zastępował go w grze na organach. W mojej klasie rektorskiej był żywym i niezawodnym kustoszem, a uczyniłem go nim zbyt wcześnie, ponieważ sam zawsze wydawał mi się zbyt trzpiotowaty. Urząd kustosza miał uczynić go poważnym i niezawodnym.

Jak w naukach, tak i w śpiewie osiągał jak na swój wiek rzeczy znakomite i bardzo pomagał mi w nauczaniu. Gdy ja w śpiewie kończyłem z pierwszym i drugim głosem, Rußland miał już z odpowiednimi uczniami przećwiczone głosy basowe, i tak niejeden śpiew był gotów niemal od ręki, a często rozbrzmiewał także poza szkołą, na polach i w lesie podczas naszych spacerów. Rußland zawsze był przewodnikiem chóru.

Przy jego odejściu z seminarium w Pr. Eylau [Bagrationowsk] chętnie dano by mu świadectwo nr 1, jak powiedział mi jego dyrektor seminarium Schorn, ale nie uważano go za moralnie dość dzielnego, ponieważ wesoły seminarzysta Rußland nie wydał swoich kolegów, z którymi wbrew zakazowi pił w mieście.

Najpierw Rußland został pomocnikiem nauczyciela przy szkole miejskiej w Zinthen, potem przeszedł w tym samym charakterze do szkoły elementarnej w Elblągu. Tu nie pozostał długo, ponieważ dyrektor muzyczny Döring zauważył u niego dobry talent muzyczny i wysłał go do konserwatorium w Berlinie. Gdy to ukończył i jeszcze otrzymał nagrody za zadane kompozycje, ukończył także kurs w Akademii Nauk i opuścił ją z egzaminem na dyrektora muzycznego.

Następnie Rußland wstąpił do służby państwowej: najpierw udał się do Elsterwerda, potem do Eckernfoerde jako nauczyciel muzyki i śpiewu — Eckernförde, położone nad zatoką Morza Bałtyckiego, gdzie w wojnie duńskiej zdobyliśmy fregatę „Gefion” i spaliliśmy okręt liniowy „Christian VIII”. Przetrwał tam powódź sztormową Bałtyku dzięki temu, że uratował się z drugiego piętra swojego domu łodzią, jak sam opowiadał. Chciał wreszcie porzucić służbę państwową i podążyć za powołaniem do Chicago w America [Ameryka] jako niemiecki dyrektor muzyki i śpiewu.

Wtedy Chicago niemal całkowicie spłonęło i angaż się rozpadł.
Rußland nauczył się w muzyce czegoś solidnego: żadnego tonu nie uderza na fortepianie i nie zapisuje nadaremnie. Jest dobrym kompanem, pełnym dowcipu i humoru.

Zawsze z przyjemnością oczekiwaliśmy jego odwiedzin w czasie wakacji kanikuły, a jego życie być może ożywiłoby poważniejsze i żywsze dążenie, gdyby ożenił się z damą równą mu w muzyce — i to rychło. Rußland jest obecnie jeszcze nauczycielem muzyki i śpiewu przy Sophien-Gymnasium w naszej od kilku lat, za cesarza Wilhelma I, światowej stolicy Berlinie.

Oryginalny post na Facebooku

AUTOR

Wojciech Wolański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *