Rok 1875 cd.
Rzeź majątków
Chociaż zniesiono ustawy przeciw lichwie, to jednak u nas Żydzi nie robią już swoim pieniędzmi tak dobrych interesów jak dawniej. Towarzystwa zaliczkowe i banki kredytowe ratują nas, uciśnionych i potrzebujących pieniędzy, z rąk żydowskich wyzyskiwaczy, przy czym nie wyłączam z tego wielu naszych chrześcijańskich braci. Nasze czasy scharakteryzują się szanownym czytelnikom tej kroniki szczególnie także przez to, że pokrótce przedstawię im taką rzeź majątku.
Jeśli jakiś mająteczek z lasem i dobrą ziemią leży tak dogodnie, że można go rozparcelować i dobrze sprzedać, wtedy rychło znajdują się dwaj albo trzej żydowscy kupcy i kupują go pod warunkiem, że będą mogli go rozparcelować i dobrze sprzedać poszczególne działki.
Dlatego jeszcze przed kupnem należycie oceniają stan majątku, obliczają, ile zyskają, gdy wytną las i drewno oraz ziemię sprzedadzą osobno, zawierają z kupującymi wstępne umowy sprzedaży i wyznaczają dość wysoki zadatek, jeśli przyszłoby im na myśl odstąpić od tego wstępnego kupna.
Gdy to wszystko i jeszcze więcej, co dawało zabezpieczenie, zostało uczynione, zaczynają najpierw od sprzedaży żywego i martwego inwentarza, licytują poszczególne parcele i raz-dwa-trzy mająteczek znika ze świata. A kieszenie „rzeźników majątków” są pełne, bo za pojedyncze małe parcele majątku, jeśli dochodzą do większego, daje się i płaci zawsze więcej, niż są warte.
Lecz jeśli kupuje się pojedynczą parcelę jako jedyną własność, wtedy tacy mali właściciele gruntownie popadają w ruinę. I właśnie w tym leży nikczemność tej rzezi majątków; jest ona podobna do szkodliwych podziałów majątku, które ojciec przeprowadza na swej własności gruntowej, gdy chce każdemu ze swych dzieci dać coś z tego majątku, co nie może wyżywić żadnego gospodarstwa, choćby było ono jeszcze tak małe.
Że interes rozdrabniania majątków musi być dochodowy, wynika z tego, że obecnie w miasteczku Muldszen koło Wehlau utworzyło się już towarzystwo, które jako wpisane do rejestru, zatwierdzone przez państwo konsorcjum pod firmą: „Ländliche Parzellierungs-Gesellschaft”, robi dobre interesy. Patrz Wehlau, Królewski Sąd Powiatowy, I Wydział, 30 listopada 1877 (zob. „Hartungsche Zeitung”, nr 287, dodatek).
Zniesienie uciążliwych instytucji
Jak ciężko przychodzi znieść stare, zakorzenione, choć uciążliwe zwyczaje, dowodzą następujące dwie instytucje. Jedną była instytucja tak zwanych koni od sikawki albo „donnerowych”.
Mianowicie obywatele-rolnicy posiadający konie musieli kolejno trzymać przez cały dzień w domu od 4 do 6 koni, aby w razie wybuchu pożaru być gotowymi odprowadzić sikawki ze spritzenhausu [Remiza] swoimi końmi na miejsce pożaru.
W ramach odszkodowania każdy obywatel za swoje konie trzymane w pogotowiu otrzymywał jeden dzień wolnego wypasu na tak zwanym gminnym pastwisku pomiędzy starym cmentarzem a miastem.
Konie „donnerowe”
Jak uciążliwe to było, szczególnie w potrzebnym czasie żniw, można sobie wyobrazić. A jednak zwyczaj ten utrzymał się tak długo, jak długo istniała trójpolowa gospodarka rolna. Dopiero wraz z komasacją gruntów zwyczaj ten został zniesiony, i to w ten sposób, że płacono premie temu, kto pierwszy przybył z pierwszą, drugą lub trzecią sikawką na miejsce pożaru.
Że miasto na tym lepiej wyszło, praktyka dostatecznie potwierdziła. Gdy tylko rozlega się alarm pożarowy, słychać zaraz także turkot sikawki po ulicach miasta, bo każdy posiadacz koni stara się ze swoim zaprzęgiem, jeśli tylko może, zdobyć premię za pierwszą sikawkę.
Tak zwane gminne pastwisko, używane teraz szczególnie do bielenia płótna, jest wydzierżawione przez miasto i przynosi mu sumkę 30 do 40 talarów, a więc zysk, który dostatecznie równoważy premię pożarową.
Straż obywatelska
Drugą bardzo uciążliwą instytucją było to, że wartę trzeba było codziennie obsadzać dwoma ludźmi z obywateli dla pomocy wachmistrzowi; tę obsadę nazywano „żołnierzami miejskimi”.
Byli ubrani po cywilnemu, ale przez ramię zwisała im z prawa na lewo na czarnym pasie stara, szeroka piechotna szabla, aby ujawnić godność ich urzędu. Choć stary, osobno stojący budynek wartowni został w roku 1837 rozebrany, a wartę wraz z mieszkaniem wachmistrza przeniesiono do zachodniego szczytu rozbudowanego w 1847 roku ratusza, ten dla każdego obywatela uciążliwy zwyczaj trwał wciąż dalej; codziennie zmieniano załogę wartowni, jak przy wojsku, i zastępowano ją świeżymi ludźmi.
Ponieważ jednak zakłócało to mieszczańskie gospodarstwa, szczególnie latem, w czasie siewu i żniw, wynajmowano zwykle starych ludzi, którzy mieli pełnić wartę. Takich znajdowano bardzo łatwo, bo jeśli jakaś rodzina mieszczańska nie mogła utrzymać dziadka, musiał on pójść na wartę, za co zarabiał dziennie 5–6 srebrnych groszy.
Tacy ludzie stawali się znani całemu miastu; znałem mianowicie dwóch z nich bardzo dobrze. Jeden był nocnym stróżem Thurau, człowiekiem z bardzo tu rozpowszechnionego rzemiosła szewskiego, obdarzonym bardzo dobrym głosem basowym, który mu bardzo pomagał zarówno przy odśpiewywaniu godzin nocnych, jak zwłaszcza przy porannych śpiewach w święta, kiedy to zwykle mocnym, dźwięcznym basem towarzyszył śpiewowi swej córki.
Na balu sylwestrowym pojawiał się zwykle o godzinie 12 na sali balowej w pełnym stroju nocnego stróża — w kapturowym płaszczu z szarego sukna, z grzechotką na plecach i piką w ręku — i śpiewał wtedy mocnym głosem pieśń noworoczną „Das alte Jahr vergangen ist”, co za każdym razem przynosiło mu obfity plon, bo starego Thuraua o srebrnobiałych lokach darzono sympatią.
Drugi to stary mistrz stolarski Maginski, który po śmierci żony tak podupadł, że także musiał pójść na wartę; zmarł ostatecznie w naszym miejskim szpitalu.
Zajęciem tych starych ludzi na warcie było zwykle za dnia robienie rękawic i pończoch, co zwykle nazywano „Handschule-Fuchsen”. Wieczorem zwykle grano partyjkę Schafkopfa, aż prycza wartownicza zapraszała zmęczonych do snu.
Nie chcę dalej nużyć szanownego czytelnika opisem tego oryginalnego życia wartowniczego, ale trochę jeszcze chcę je scharakteryzować, opowiadając pewną humoreskę, która być może ma swoje źródło w naszym sąsiednim mieście Domnau.
Pewnego wieczoru, jak opowiadano, gdy załoga wartowni była właśnie pogrążona w uroczystej partii Schafkopfa i nie chciała, by jej przeszkadzano, do lokalu wartowni wprowadzono włóczęgę. Nie zwracając na obcego wielkiej uwagi, grano dalej.
Obcy rychło spostrzegł, z jakimi ludźmi ma do czynienia, lepiej rozumiał grę i zaczął się wtrącać, gdy starzy gracze popełniali błędy. Obcy nie przestawał, choć zagrożono mu, że zostanie wyrzucony, jeśli nadal będzie bezczelnie się wtrącał.
Ale właśnie tego właśnie sobie życzył; teraz dopiero naprawdę zaczął ganić grających. „Trzymaj gębę — wołali do niego — bo ci pokażemy, gdzie cieśla zrobił dziurę”, a gdy mimo to paplał dalej, oburzona załoga wyrzuciła go za drzwi. Włóczęga zniknął i już nigdy go nie widziano. O sancta simplicitas!
Przeniesienie targu świń
Trzecim zwyczajem, który zasługiwał na zniesienie, a rzeczywiście już w roku 1874 został zniesiony, było przeniesienie targu świń na Scheunenstraße pomiędzy kupcem Wichmannem a mistrzem szewskim Albertem Taube, obok przepustu z Töpferteichu [Staw garncarski] do Mühlenfließ [Młynówka].
Targ świń odbywał się dotąd po wschodniej i północnej stronie naszego rynku. Świnie były częściowo przywiązywane do słupów z pierścieniami, częściowo trzymane na sznurach przez sprzedających, i z nudów tak rozrywały i rozkopywały chodnik oraz tarasy rynkowe, że ledwo można było chodzić pośród dołów. Zawsze było co brukować.
Wtedy ja, który od czasu swej emerytury mieszkałem przy rynku i tej świńskiej udręce się przyglądałem, złożyłem do magistratu petycję, w której prosiłem o przeniesienie tak uciążliwego targu świń; kazałem podpisać tę prośbę mieszkańcom mieszkającym przy rynku, i oto magistrat spełnił naszą prośbę i według ogłoszenia przeniósł cotygodniowy targ świń na wyżej wskazane miejsce.
Targ garncarski
Z powodu braku miejsca także targ garncarski w cztery dni targowe roku od lat odbywa się poza miastem, między nowym budynkiem szkolnym a starym szpitalem. Tak oto idzie ku lepszemu w naszym mieście.