Władza nie lubi, gdy patrzy się jej na ręce.
To nie jest moje odkrycie. Wiedział o tym Monteskiusz, gdy pisał o trójpodziale władzy. Wiedział Orwell, gdy pisał o Wielkim Bracie.
Dlatego twórcy konstytucji demokratycznych wbudowali w systemy polityczne mechanizmy kontroli, niezależne sądy, wolną prasę, prawo do informacji publicznej. Nie dlatego, że byli naiwni. Właśnie dlatego, że nie byli.
Władza pochodzi z mandatu.
Mandat pochodzi od ludzi. Ludzie udzielają go w wyborach, zazwyczaj na podstawie obietnic. A potem — i tu zaczyna się część przewidywalna — władza bardzo szybko o tych obietnicach zapomina.
Jest tyle spraw bieżących, tyle decyzji do podjęcia. A poza tym — kto by pamiętał, co się mówiło cztery lata temu? Wyborcy mają krótką pamięć i przeważnie wszystko kupią.
Na szczęście nie wszyscy.
Władza wie najlepiej.
To aksjomat samorządowy, ponadpartyjny i ponadczasowy. Przychodzi taki moment — zwykle gdzieś po pierwszej kadencji — gdy władza przestaje rozróżniać między własnym interesem a interesem publicznym. Nie z cynizmu. Z przyzwyczajenia.
Temu stanowi ducha sprzyjają odpowiedni ludzie wokół: klakierzy, wazeliniarze i potakiwacze, którzy powiedzą dokładnie to, co władza chce usłyszeć, i zatają starannie to, co mogłoby ją zdenerwować. Nie trzeba ich instruować. Sami wiedzą.
Zatopiona w bańce własnego ego władza traci kontakt z rzeczywistością. I tu dochodzimy do paradoksu, który mnie osobiście bawi najbardziej: demokratycznie wybrana władza panicznie boi się demokracji. Tej prawdziwej — z pytaniami, kontrolą i rozliczalnością. Chce głosowania co cztery lata, najlepiej bez zbędnych pytań i komentarzy pomiędzy.
Stąd bierze się stosunek władzy do dwóch instytucji, które są jej egzystencjalnym zagrożeniem.
Pierwsza to satyra.
Nie ma nic gorszego dla władzy niż zostać obśmianą. Tyran, z którego się śmieją, przestaje budzić respekt. Dlatego władza od zawsze ścigała satyryków, zamykała kabarety, pozywała karykaturzystów. Juwenalis miał kłopoty. Wolter miał kłopoty. Mrożek miał kłopoty.
Śmiech jest demokratyczny i egalitarny — trafia wszędzie, nie daje się zamknąć w aktach sprawy ani oddalić z powodów formalnych.
Druga to niezależna prasa.
Media, które mają śmiałość pytać i sprawdzać, są dla władzy problemem strukturalnym. Nie dlatego, że są wrogie — lecz dlatego, że są niezależne.
Władza radzi sobie z wrogami. Nie radzi sobie z kimś, kto po prostu zadaje pytania i czeka na odpowiedź.
Kto pamięta, co było obiecane trzy lata temu. Kto nie potrzebuje od władzy niczego. Kto może pokazać jej błędy.
Raz wybrana władza zrobi wiele, żeby przy władzy pozostać. Kontrolę nazwie atakiem, hejtem, a pytania — zafiksowaniem. Zasugeruje, że krytyk działa w złej wierze, że jest z zewnątrz, że szkodzi społeczności.
To stare sztuczki. Działają na tych, którzy nie wiedzą, że to sztuczki.
Na zakończenie refleksja pożyczona od kogoś mądrzejszego: władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie. Lord Acton napisał to w 1887 roku. Od tamtej pory nic się nie zmieniło.
Tylko miasteczka są mniejsze.
Wojciech Wolański
