Historia

KRONIKA MIASTA LANDSBERG [odc. 55]

Mały dodatek o moście jazowym

„Pokój żywi, niezgoda pożera!” — taką przestrogę pozwala sobie kronikarz postawić na początku, zanim powie kilka słów o pięknym moście jazowym.

Miasto wystawiło sobie tym mostem naprawdę piękny pomnik. Wszystko jest w nim solidne i piękne, a nasz pan budowniczy Jeromin wykazał tu swój kunszt. U góry znajduje się żelazna balustrada, u dołu wbite żelazne ścianki szczelne — wszystko to podkreśla charakter mocnego, obronnego mostu przy jazie.

A jak sam most jest mocny i piękny, tak również jego otoczenie zacznie zapewne znowu pięknieć. Już od roku poniżej grobli Stawu Młyńskiego, obok wolnego upustu, w domu Zantopa urządzony jest browar, w którym pan piwowar Mans, syn mistrza murarskiego Mansa z Lidzbarka, warzy dobre ciemne piwo. Szczególnie smakuje ono paniom i dzieciom [sic!], ponieważ jest łagodniejsze od gorzkiego piwa bawarskiego.

Rozlewisko młyńskie, podobnie jak otoczenie browaru, obsadzono naprzemiennie brzózkami i świerkami. Być może również dziwaczne, strome i pagórkowate brzegi rozlewiska doczekają się wkrótce krzewiastej zieleni dzięki naszemu Towarzystwu Upiększania Miasta.

Wąwóz drogi prowadzącej pod górę w stronę Hoofe [Dwórzno] został podkopany i poszerzony, a wydobytą ziemią zasypano boczne części przy moście jazowym. Zostały one już pokryte zieloną darnią.

I być może niedługo, w miejscu zburzonego domu rolnika Plaumanna, zobaczymy miejski zajazd z obszernym wjazdem dla wozów, którego naszemu miastu — z powodu jego górzystego i ciasnego położenia — wciąż jeszcze brakuje.

Szanowny czytelnik kroniki widzi więc, jakie życzenia wypowiedziałem w odniesieniu do otoczenia mostu jazowego, czyli tej zaniedbanej części miasta. Przyznaję też otwarcie, że żywię nadzieję na spełnienie wszystkich życzeń, które szanowni przedstawiciele miasta wyrazili w sprawie samego mostu w dokumencie zamurowanym podczas budowy.

Most ma być nie tylko zaporą przeciw napierającym wodom Stawu Kaczego, lecz także ma wykazać swoją siłę wobec innych żywiołów, na przykład wobec upartego sąsiada — młynarza!

I właśnie tutaj, w ostatniej części wypowiedzianych życzeń, tkwi sedno sprawy albo — jak mówi łacina — „Hinc illae lacrimae!” — stąd te łzy!

Most ten został zbudowany w niezgodzie i dlatego chętniej nazwałbym go nie Wehrbrücke, lecz Zehrbrücke — mostem, który będzie „pożerał” majątek miasta, ponieważ dopóki istnieje, będzie nadgryzał jego zasoby.

Wiem, że właściciel młyna Seddig był nieustannie wzywany, aby wspólnie z miastem wykonał budowę mostu, a właściwie również śluzy. Lecz to, co Seddig obiecał dzisiaj, jutro znowu odrzucał, aż wreszcie miasto zostało zmuszone wykonać most samodzielnie.

Tym samym otwarto jednak źródło wszelkich przyszłych sporów pomiędzy miastem a młynem. Źródło sporów dlatego, że przez wybudowanie mostu zbyt daleko od śluzy odebrano młynarzowi możliwość ponownego wykorzystania wody ze śluzy do napędu folusza albo tartaku.

Woda ze śluzy nigdy jednak nie przestanie z właściwą sobie siłą podmywać mostu. Przecież nawet kropla wody drąży najtwardszy kamień — gutta cavat lapidem — a cóż dopiero potężny strumień wody spadającej ze śluzy! Jakiego niebezpieczeństwa może on przysporzyć mostowi!

A czy młynarz nie będzie kiedyś obarczany odpowiedzialnością za uszkodzenie mostu? Tak, tak — z pięknego mostu jazowego może łatwo zrobić się „most pożerający”, czego dobry Bóg łaskawie niech raczy uchronić! Można temu jednak zapobiec także ze strony samego miasta.

Przestroga dla ojców miasta

Miasto powinno kiedyś postarać się wykupić młyn wraz ze wszystkimi jego przynależnościami, a następnie rozporządzać nim wedle własnego uznania.

Samorządność w sprawach miejskich jest wielkim osiągnięciem naszego mieszczaństwa — oby tylko zawsze trafiano gwoździem w główkę!

Zwykle magistrat i radni miejscy stoją naprzeciw siebie jak dwa wrogie obozy, zamiast wspólnie, ręka w rękę, działać dla dobra miasta. A ile przy tym popełnia się faux pas ze szkodą dla miasta, wie każdy.

Z pewnością lepiej byłoby, gdyby miasto wcześniej zbudowało swój most ze śluzą, zanim rozpoczęło procesy z młynarzem. Sądzę, że oszczędzono by wtedy połowę kosztów budowy, a później zawsze można byłoby znaleźć sposób, aby obciążyć kosztami stronę przegrywającą spór.

I czy przynajmniej w przybliżeniu obliczono już, ile miasto straciło przez to, że na dwanaście lat odcięto komunikację z najbogatszą częścią naszej prowincji?

Niech więc także całe korporacje pamiętają zawsze o przestrodze: „Kto najpierw czyni, a potem myśli, tego niejeden wielki kłopot spotka”.

Skąd nazwa „Rippenkrug”

Do idyllicznej scenerii mostu jazowego należy również Rippenkrug — ostatni mały budynek po lewej stronie, przy polnym ogrodzie naszej parafii.

Jest wąski, a przez podniesienie części drogi przed jego drzwiami powstało coś w rodzaju rampy, obsadzonej drzewami alejowymi, które nadają domkowi przytulny wygląd.

Skąd jednak ta ponura nazwa — Rippenkrug, czyli „Gospoda pod Żebrami”?

Najstarsi ludzie tego nie wiedzieli, gdyż najwyraźniej nie żyli w swoim rodzinnym mieście z dostatecznie otwartymi oczami. Wiedzieli natomiast młodsi: obecny skarbnik miejski Ohlenschläger oraz piwowar słodowy August Schulz, syn dawnego właściciela młyna Daniela Schulza.

Ich wyjaśnienie jest następujące:

W domu obecnego skarbnika miejskiego Roberta Ohlenschlägera mieszkał w latach trzydziestych tego stulecia kupiec Kaminsky, który handlował płótnem.

Aby konkurować z ówczesnym bogatym kupcem Weinreichem, również zajmującym się handlem płótnem i mającym swój dom przy Bramie Młyńskiej, Kaminsky wybudował sobie dom poza miastem, przy drodze worlackiej, aby przechwytywać od razu całe płótno przywożone z Warmii

Kaminsky jednak się przeliczył. Bogatemu Weinreichowi nie był w stanie dorównać, jego handel zaczął podupadać i wówczas zajął się również handlem kośćmi, za które Anglicy płacili w tamtych czasach dobre pieniądze.

Kości te Kaminsky składował za swoim domem. Całe szkielety koni i wołów, wybielone na biało, sterczały zza budynku i napawały grozą przechodzących drogą ludzi.

Kiedy pytano Warmiaków:

— Gdzie sprzedaliście swoje płótno?

odpowiadali:

— Tam, w gospodzie z kośćmi albo żebrami!

Stąd właśnie wzięła się nazwa Knochenkrug lub Rippenkrug.

Określenie „Krug”, czyli gospoda, przylgnęło do domu Kaminsky’ego dlatego, że handlarze płótnem po sprzedaży towaru byli tam częstowani gorzałką i ciepłym piwem.

Za moich czasów za Rippenkrugiem wybudowano piec garncarski i prowadzono tam garncarnię, choć działalność ta wiązała się z niemałymi trudnościami, ponieważ przenoszenie wyrobów garncarskich aż na miejski rynek kosztowało tragarzy wiele potu i wysiłku.

AUTOR

Wojciech Wolański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *