Historia

KRONIKA MIASTA LANDSBERG [odc. 49]

Manewry jesienne

Ponieważ nasza okolica — ze względu na urozmaiconą rzeźbę terenu, doliny i wzgórza, zarośla, lasy oraz niewielkie rzeczki — dobrze nadaje się do celów strategicznych, podczas mojego pobytu w Landsbergu odbyły się tutaj trzy manewry.

Pierwszymi były wielkie manewry królewskie za panowania Fryderyka Wilhelma IV, które zakończyły się pod Heilsbergiem [Lidzbarkiem Warmińskim] — zobacz kartę 24, rok 1856.

Drugie odbyły się w roku 1868 — zobacz kartę lub stronę 46 — z udziałem wojsk 1. Dywizji, liczących 12 000 ludzi, pod dowództwem generała von Manteuffla i generała von Bentheima. Zakończyły się ustawieniem wszystkich oddziałów po prawej stronie szosy lidzbarskiej, za posiadłością Baßa, dzisiejszego poczmistrza.

W tym czasie w naszym miasteczku panował wielki ruch. W pobliżu miasta, pomiędzy szosą iławecką a drogą do Eich [Dęby], urządzono biwak, na którym zakwaterowano część żołnierzy ze wszystkich rodzajów wojsk. Zespół śpiewaczy strzelców, zgromadzony wokół sztucznie urządzonego ogniska wartowniczego, zabawiał nas pięknymi pieśniami — w obecności swoich życzliwych oficerów — aż do późnej nocy.

Podczas manewrów w urządzonym u nas, w Domu Strzeleckim, lazarecie zmarło dwóch żołnierzy. Jeden z nich został pochowany jeszcze podczas manewrów, ze wszystkimi honorami wojskowymi. Drugiego, już po odejściu wojsk, pochowała nasza gildia strzelecka.

Temu młodemu człowiekowi w ostatniej drodze towarzyszył liczny orszak mieszkańców miasta oraz personel lazaretu. Wszystkie nasze dziewczęta szły za trumną i przyozdobiły ją oraz grób wieńcami z kwiatów.

Kościół reprezentowałem jedynie ja, ponieważ pastor Westphal przeniósł się do Drengfurthu [Srokowa]. Wszystko pozostawiono zatem do swobodnego rozporządzenia Kościoła. Podobnie jak przy pochówku pierwszego zmarłego, także i tym razem wygłosiłem stosowną mowę nad grobem, a prowadzony przeze mnie wówczas chór uczniowski wykonał piękne pieśni żałobne.

O wszystkim tym dowiedziało się Dowództwo Generalne i niedługo później otrzymałem od niego — podpisane przez generała von Bentheima — pismo z podziękowaniem i pochwałą. Podkreślono w nim życzliwe i patriotyczne usposobienie naszych mieszczan, mnie zaś zachęcono, abym coraz silniej rozbudzał i pielęgnował tego ducha wspólnoty wśród naszej młodzieży, tak aby na położonym już fundamencie wyrosło pokolenie, które z Bogiem, za króla i ojczyznę gotowe będzie wszystko poświęcić i postawić na szali.

Bardzo ucieszyło nas to uznanie, a nasze skromne starania związane z przeprowadzoną uroczystością pogrzebową uznaliśmy za hojnie wynagrodzone.

Trzecie manewry odbyły się tej jesieni, w roku 1877, pomiędzy Bartensteinem [Bartoszycami] a naszym miasteczkiem. Także były to manewry dywizyjne. Generałem dowodzącym był generał piechoty, baron von Barnekow, Jego Ekscelencja, natomiast dowódcą dywizji — generał porucznik, baron von der Goltz, Jego Ekscelencja.

Tym razem manewry stanowiły wspaniałe widowisko, zwłaszcza w okolicach naszego miasta, gdzie skoncentrowano wszystkie rodzaje wojsk. Z wieży ratuszowej oraz z Malakowa — wysokiego spichlerza wybudowanego przez Reimera — mogliśmy dokładnie obserwować wszystkie ruchy i przegrupowania wojsk. Nasz Hirschwinkel został mocno stratowany przez kawalerię.

W dniu odpoczynku kapelmistrz Parlow uradował nas pięknym koncertem w Hirschwinklu. Była to orkiestra Wschodniopruskiego Pułku Piechoty nr 43. Szczególnie naszą młodzież przyciągał pies pułkowy towarzyszący kotłom, zdobyty podczas wojny austriackiej w roku 1866 — chociaż obecny był już oczywiście drugim albo trzecim z kolei przedstawicielem tej roli.

Wspomniany pies otrzymuje codziennie rację żywnościową przysługującą jednemu żołnierzowi, stanowi więc wspólną własność pułku i jest miłą pamiątką po słynnej na cały świat rozgrywce roku 1866, którą nasze armie rozegrały z Austriakami w ciągu siedmiu dni.

Tegoroczne manewry zakończyły się pod Bartensteinem. Jest rzeczą oczywistą, że w tych latach odbywały się w naszej prowincji również inne manewry — między innymi pod Heiligenbeil [Świętą Siekierką, obecnie Mamonowo], Wormditt [Ornetą], Gdańskiem i w innych miejscach.

Sprawozdanie roczne za rok 1878

Był to rok bardzo brzemienny w skutki, których nie sposób jeszcze przewidzieć. Jest to ósmy rok po siedmiu pięknych latach, jakie nastąpiły po chwalebnej wojnie francuskiej. Daj Boże, aby jego następnych braci nie przyszło nam zaliczyć do siedmiu złych, chudych lat!

Rok 1878 rozpoczął się łagodną zimą. Mróz nie przekraczał 10 stopni Réaumura [około 12,5°C poniżej zera], a warunki do jazdy saniami były dobre. Początek wiosny był piękny, oziminy zachowały się całkiem dobrze.

Później jednak aż do końca maja panowały chłody, czerwiec zaś był mokry i przyniósł wręcz niepokojącą obfitość plonów. W pełni sprawdziło się stare przysłowie:
„Maj chłodny, czerwiec mokry — napełnią chłopu stodołę i beczkę”.

Zboża jare, koniczyna oraz pierwszy pokos trawy rozwijały się znakomicie. Zwłaszcza jęczmień i owies wyrosły tak wysoko i bujnie, że rolnicy musieli je dodatkowo podwiązywać. Paszą z pierwszego pokosu wypełniono wszystkie szopy.

Wielka urodzajność

Owies trzeba było układać w wielkie sterty. Rolnicy triumfowali i radowali się. Skąd zatem określenie tego roku jako tak brzemiennego w skutki i smutnego? Otóż dobry Bóg nie chciał pozwolić nam, ludziom, a zwłaszcza rolnikom, abyśmy wyrośli aż do nieba.

Najpierw pojawiła się:
Niszczycielska plaga myszy

Myszy i szczury całymi stadami wyszły spod ziemi i zaczęły w przerażający sposób pożerać wystawione na polach sterty zboża, pozostawiając z nich jedynie słomę. Kto zaś szybko wymłócił zboże i zawiózł plony do miasta, otrzymywał za nie zaledwie dwie trzecie wcześniejszej, wysokiej ceny!

Hinc illae lacrimae! — stąd owe łzy! Wcześniej tamte, teraz nasze — tu właśnie tkwił cały szkopuł!

Na niektórych polach stert w ogóle nie młócono, lecz podpalano je, aby robactwo spłonęło i nie zostało zawleczone do zabudowań gospodarskich. Teraz, na początku roku 1879, kiedy spisuję to roczne sprawozdanie, niejeden rolnik stoi i drapie się po głowie, nie wiedząc, czy myszy pozostawią mu przez zimę cokolwiek z zasiewów.

Wielkie nieszczęście wśród rolników

Niejeden, który drogo zapłacił za swoje gospodarstwo, nie wie, czy w nadchodzącym roku nadal będzie jego właścicielem, ponieważ przy tak niskich cenach nie jest w stanie zebrać pieniędzy nawet na spłatę odsetek.

Czy wydarzenia te mają być karą Bożą? Z pewnością są przynajmniej mene tekel — znakiem ostrzegawczym. Rolnik, chłop, stał się już bowiem nazbyt butny i sam nie wiedział, jak wysokiej ceny powinien żądać za swoje zboże i bydło.

Wprawdzie obecnie bardzo cierpi z tego powodu stan kupiecki, lecz my, urzędnicy i osoby prywatne, na tym zyskujemy. Drożyzna wszystkiego stała się już bowiem tak wielka, że z trudem można było sobie na cokolwiek pozwolić. Tak oto dobry Bóg wszystkim mądrze kieruje!

Oryginalny post na Facebooku

AUTOR

Wojciech Wolański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *