Tytułem wstępu: ten artykuł dedykuję radnym, członkom Komisji Skarg, Wniosków i Petycji – Robertowi Wiśniowskiemu (przewodniczącemu komisji), Arkadiuszowi Tobiszowi, Tadeuszowi Pawlukowi, Alinie Rumbuć i Łukaszowi Rohun.
Za niedługo będą Państwo omawiać moją skargę z 22 czerwca na burmistrza. Ten tekst, wraz z załącznikami, jest być może długi, ale mam nadzieję, że precyzyjnie naświetli Państwu sprawę skargi.
Zapraszam też serdecznie do lektury czytelników KG. Po jego lekturze łatwiej będzie zrozumieć, jak w Górowie traktuje się sprawy przejrzystości działania władz publicznych.
— koniec wstępu —
W mojej ocenie burmistrz zbyt często przedstawia sprawy w sposób, który po weryfikacji dokumentami okazuje się niezgodny z faktami. Często mówi coś szybciej niż pomyśli, zapominając o odpowiedzialności za słowa. A jest to bardzo istotne, gdy jest się funkcjonariuszem publicznym zajmującym najważniejsze stanowisko w mieście.
Przypomnę sprawę Muzeum Gazownictwa, działek inwestycyjnych oraz sufitu w sali Ośrodka Kultury. W każdej z tych spraw, po uzyskaniu odpowiedzi od właściwych instytucji, okazywało się, że prawda jest całkiem inna, niż przedstawiał to włodarz.
Na XXVI sesji Rady Miasta Górowo Iławeckie, 26 czerwca 2026 r., burmistrz wygłosił następujące kwestie:
1. Tło: urząd, korespondencja, 17 pracowników
„Wpłynęło do nas 4369 pozycji korespondencji i to jest bez korespondencji, która wpływa do USC nawet. Ja przypomnę, że znowu mamy w tej chwili już 17 pracowników administracyjnych. Mieliśmy w roku 2025 i tych 17 pracowników te wszystkie pisma musi, no w cudzysłowie powiem, obrobić.”
2. UDIP-y, „tysiące pytań”, „jedna osoba”
„Warto dodać, że mamy ogromny napływ tzw. UDIP-ów, czyli wniosków o udostępnienie informacji publicznej. Te pytania już idą w tysiące i generalnie rozważamy zatrudnienie przynajmniej dwóch dodatkowych osób, żeby obsługiwać te pytania, które wpływają generalnie od jednej osoby, ponieważ nie ma możliwości, żebyśmy dali radę na nie odpowiadać.”
3. „Działanie na szkodę społeczności” i „jedna osoba, która nawet nie jest mieszkańcem naszej gminy”
„To jest ewidentnie w mojej ocenie działanie na szkodę naszej społeczności, bo zamiast zajmować się ważnymi sprawami, to na przykład pan sekretarz, pani Kasia z sekretariatu, plus nasza dotychczasowa stażystka przez dwa tygodnie obsługuje jedną osobę, która nawet nie jest mieszkańcem naszej gminy.”
Postanowiłem dokonać dogłębnej analizy składanych przeze mnie wniosków pod kątem obciążenia, jakie mogłyby generować dla urzędu. Analiza objęła wszystkie wysłane przeze mnie w pierwszym półroczu 2026 r. wnioski UDIP.
Łącznie było ich 37, ale jeden był skierowany do Ośrodka Kultury. Dlatego dla oceny obciążenia Urzędu Miasta i MCUS analizuję 36 wniosków, czyli średnio 6 wniosków miesięcznie.
Oto aktualny arkusz wniosków:
https://docs.google.com/spreadsheets/d/1pU_erEF_l4bBDyt9FXX21909vl9ZnCCk/edit?usp=sharing&ouid=116620461125843847756&rtpof=true&sd=true
Oto wygenerowany raport :
https://drive.google.com/file/d/1wbq0vxdd_S7Yvrfv8U0UP2sKxlV53xV1/view?usp=sharing
Analiza nie potwierdza tezy, że sama liczba wniosków uzasadniała blankietowe odmowy Urzędu Miasta. W tych 36 sprawach wyodrębniłem roboczo 381 punktów głównych, czyli pytań lub żądań udostępnienia informacji albo dokumentów. Daje to średnio około 10,6 punktu na jeden wniosek. To dużo, ale nie są to „tysiące pytań”, jak sugerował burmistrz podczas sesji.
Liczba punktów nie oznacza automatycznie takiego samego nakładu pracy. Część pytań była prosta: odpowiedź „tak/nie”, wskazanie istniejącego dokumentu, przesłanie skanu umowy, faktury, protokołu, sprawozdania budżetowego albo regulaminu.
W raporcie 7 spraw oceniono jako mało obciążające, 16 jako średnie, a 13 jako wymagające większego nakładu pracy. Te ostatnie dotyczyły m.in. promocji miasta, profilu Facebook, żłobka, terenów inwestycyjnych, Dni Górowa czy zmian budżetowych.
To pokazuje, że wnioski były zróżnicowane. Niektóre mogły wymagać więcej czasu, ale wtedy urząd miał narzędzia ustawowe: przedłużenie terminu, odpowiedź częściową, anonimizację, wskazanie dokumentów w BIP albo wykazanie, że chodzi o informację przetworzoną.
Smaczku sprawie dodaje to, że na sesji burmistrz mówił: „Te pytania już idą w tysiące…”, a w decyzjach odmownych urząd podawał zupełnie inną liczbę: 25 wniosków i 357 pytań w okresie około trzech miesięcy. To nadal dużo, ale nie są to „tysiące”.
Przy ostrożnym szacunku merytoryczna obsługa tych wniosków mogła wymagać około 100–200 roboczogodzin w całym półroczu, czyli przeciętnie 17–33 roboczogodzin miesięcznie. To mniej więcej 2–4 dni pracy miesięcznie. Obciążenie zauważalne, ale trudno na tej podstawie mówić o „paraliżu” urzędu.
Zwłaszcza że znaczna część dodatkowej pracy mogła wynikać nie z samych wniosków, lecz z przyjętej przez urząd strategii blankietowych odmów, odwołań do SKO i późniejszych postępowań sądowych.
Gdyby urząd po prostu rozpatrywał wnioski merytorycznie, szacunkowy nakład pracy wyniósłby około 100–200 roboczogodzin w całym półroczu. Tymczasem przyjęcie strategii odmów, kolejnych odwołań, ponownych decyzji i postępowań przed SKO oraz WSA wygenerowało co najmniej około 160 roboczogodzin pracy administracyjnej — z czego 117 godzin po stronie UM/MCUS i kolejne 43 godziny po stronie SKO oraz sądu administracyjnego.
Innymi słowy, publiczne instytucje poświęciły ogromny czas nie na udostępnienie informacji publicznej, ale na wielomiesięczną grę proceduralnego ping-ponga.
Suma summarum: zamiast poświęcić około 100–200 roboczogodzin na merytoryczne rozpatrzenie wniosków, UM/MCUS poświęciły około 117 roboczogodzin na odmowy i przekazywanie odwołań. A do tego „przymusiły” do pracy SKO i WSA na ponad 40 kolejnych roboczogodzin.
Koszt pracy SKO i WSA jest przecież także kosztem publicznym, finansowanym z pieniędzy podatników.
Co istotne, SKO w kolejnych decyzjach wskazywało, że sama liczba wniosków nie przesądza automatycznie o nadużyciu prawa, a organ powinien wykazać konkretne okoliczności w konkretnej sprawie. Innymi słowy: nie wystarczy powiedzieć „jest dużo wniosków”. Trzeba jeszcze wykazać, dlaczego właśnie ten konkretny wniosek miałby paraliżować urząd i dlaczego nie można było odpowiedzieć choćby częściowo.
Czy ta gra może trwać w nieskończoność?
Ten proceduralny ping-pong nie może trwać w nieskończoność. Jeżeli organ nadzoru potraktuje skalę uchyleń SKO, wyroków WSA oraz powtarzalność tej samej argumentacji odmownej jako powtarzające się naruszanie Konstytucji i ustaw, wojewoda ma narzędzie z art. 96 ust. 2 ustawy o samorządzie gminnym.
Może wezwać burmistrza do zaprzestania naruszeń prawa, a jeżeli wezwanie nie odniesie skutku — wystąpić do Prezesa Rady Ministrów o jego odwołanie. W realiach tych spraw „zaprzestanie naruszeń” oznacza de facto jedno: koniec blankietowych odmów i konieczność merytorycznego rozpoznawania wniosków o informację publiczną.
Innymi słowy, urząd najpierw zużył czas na odmowy, odwołania i postępowania przed SKO oraz WSA, a następnie i tak będzie musiał wrócić do punktu wyjścia — odszukać dokumenty, dokonać anonimizacji i udzielić odpowiedzi. Tyle że wtedy koszt tej strategii będzie już podwójny: najpierw proceduralny, a dopiero potem rzeczywisty.
Kto za to zapłaci? Zacytuję inżyniera Mamonia z komedii „Rejs”: „No i panie, kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, my płacimy. To są nasze pieniądze proszę pana”.
Ciekawe, co by było, gdyby w sytuacji stwierdzenia powtarzającego się naruszania Konstytucji i ustaw burmistrz musiał za to zapłacić z własnej kieszeni.
A dlaczego burmistrz tak konsekwentnie unika odpowiedzi? To bardzo dobre pytanie, na które już wkrótce postaram się odpowiedzieć.
PS. Na deser dla chętnych — raport z analizy uchyleń SKO. Pokazuje on, jakich argumentów używa burmistrz, dlaczego są one uchylane przez SKO, jak organ następnie wraca do podobnej argumentacji oraz jak niestarannie przygotowywane są kolejne decyzje odmowne.
https://drive.google.com/file/d/1fbGneWl-hu9OuMkwxNdSaVhuq3_y3H1u/view?usp=sharing