Opinie / felietony

Internet, wolność i folwarki [felieton]

„Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”
"Faust"- J.W. Goethego,

Moja przygoda z Internetem zaczęła się na początku lat 90. XX wieku. W tamtym odległym czasie dla większości ludzi słowo to kojarzyło się raczej z internatem. Musiałem każdorazowo tłumaczyć, co to za dziwna rzecz. Jestem internetowym dinozaurem.

Przez te wszystkie lata sieć zmieniała się — i to nie tylko pod względem technologicznym. Oplotła całą planetę, zawitała pod każdą strzechę.

Na początku wydawało się, że jest to cudowne narzędzie umożliwiające darmowy dostęp do nieprzebranych skarbnic wiedzy. Pozwalające na niczym nieograniczoną komunikację między ludźmi, wymianę poglądów i wolność słowa.

Usłyszałem ostatnio, że Internet miał być źródłem wiedzy i zdobywania informacji, a nagle okazał się absolutną katastrofą i zaprzeczeniem tej idei, oraz że niszczy społeczności bardziej, niż je buduje.

Mówca — wydawałoby się, człowiek wykształcony — z przejęciem przekonywał, iż „nadmiar wolności słowa nie jest najlepszą rzeczą” i należy przeciwdziałać mu „mądrą moderacją”.

Gdy słyszę takie słowa, zapalają mi się wszystkie czerwone lampki, bo ową „mądrą” moderację od cenzury dzieli bardzo cienka granica. Ograniczając wolność słowa, kontrolując ją prewencyjnie, zabijamy demokrację, której jednym z najważniejszych fundamentów jest wolność wypowiedzi.

Ale wolność wypowiedzi nie oznacza braku odpowiedzialności za słowa. Tu na straży stoi prawo — z jego kodeksami i sądami. Nie jest potrzebna prewencyjna cenzura; wystarczy korzystać z narzędzi przewidzianych przez prawo. Prawo działa wolno — to prawda. Ale prewencyjna cenzura działa ślepo. Wybór między narzędziem niedoskonałym a niebezpiecznym nie jest trudny.

Rosyjska dezinformacja dociera wszędzie, ale w małym mieście nie ona decyduje o nastrojach. Tu liczy się, czy jest dziura w ulicy, ile kosztuje woda i wywóz śmieci. Większym problemem jest brak informacji albo jej jednostronność.

Aby budować wspólnotę, potrzebna jest wzajemna, wewnątrzwspólnotowa komunikacja. Oczywiście może się ona opierać na bezpośrednich kontaktach — w małych gminach i miejscowościach wszyscy się znają — ale media społecznościowe bardzo dobrze ją uzupełniają i wzmacniają.

Fora internetowe, grupy dyskusyjne, publiczne profile na Facebooku stanowią cyfrowy odpowiednik agory: głównego placu i centrum życia politycznego, religijnego oraz handlowego miasta w starożytnej Grecji.

Z drugiej strony zauważam, że demokratycznie wybrana, bynajmniej nie autorytarna władza — nieważne, czy samorządowa, czy ogólnopolska — wolnej wymiany poglądów nie lubi. Stara się ją blokować i narzucać własną narrację.

Świadomy swoich praw obywatel jest dla takiej władzy problemem, gdy zadaje niewygodne pytania i rozlicza z wyborczych obietnic. Urzędujący zbyt długo włodarz bardzo tego nie lubi. Mieszkaniec ma — omamiony przedwyborczą kiełbasą — odpowiednio zagłosować, a potem z pokorą władzę wielbić za to, jak mądrze rządzi.

I tak właśnie dzieje się w większości małych, zwłaszcza prowincjonalnych społeczności: stają się prywatnymi folwarkami, rządzonymi autorytarnie przez jedną osobę. To wójt lub burmistrz bywa największym zagrożeniem dla lokalnych mediów społecznościowych.

Do niedawna tak było w Górowie. Nie było tu żadnych wolnych lokalnych mediów. Miejskim profilem na Facebooku zarządza nieprzyznający się do tego burmistrz, który blokuje krytyczne wobec niego osoby. Rada miasta nie spełnia żadnej kontrolnej roli.
W większości jest bierna i w pełni posłuszna woli władzy wykonawczej, którą teoretycznie powinna kontrolować.

Być może wspomniany powyżej mówca ma rację, że Internet to zagrożenie. Dla wspólnoty — nie. Dla władzy, która przyzwyczaiła się do ciszy — jak najbardziej. I w tym jednym punkcie zgadzam się z jego diagnozą, choć stanowczo odrzucam ograniczanie wolności słowa.

Trzydzieści lat temu tłumaczyłem ludziom, czym jest Internet. Dziś tłumaczę mieszkańcom i władzom, że pytanie zadane publicznie nie jest atakiem na wspólnotę — jest jej częścią. Dinozaury podobno wyginęły. Ale niektóre przeżyły i mają się całkiem nieźle.

Oryginalny post na Facebooku

AUTOR

Wojciech Wolański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *