W czwartkowy wieczór, 3 września, Wiesław Rodzewicz, zapalony wędkarz, wyciągnął ze Stawu Garncarskiego suma długości dwóch metrów i wagi 50 kilogramów. Na zdjęciach z miejsca zdarzenia ryba ledwie mieści się w kadrze – ogon wystaje poza jego granicę, a paszcza mogłaby pomieścić niejedną dużą rybę w całości.
Sam zainteresowany ostudził entuzjazm w komentarzach, sugerując, że to nie największy mieszkaniec stawu: "Dwa lata temu widziałem większego suma, takiego z 2,5 metra, jak płynął po powierzchni wody. Wtedy chodziłem w nocy ze spinningiem za sandaczem."
Sam połów, jak zdradził w kolejnym komentarzu, miał przebieg iście filmowy. Rodzewicz wybrał się na sandacza w czwartek po godzinie 19, uzbrojony w kij firmy TiCA o cw. do 28 gramów, kołowrotek TEAM DRAGON FD 935, plecionkę o wytrzymałości 8 kg, przypon z fluorocarbonu firmy JAXON o wytrzymałości 10 kg oraz wobler firmy Rapala długości 9 cm. O 20:45 nastąpiło, jak to sam określił, "potężne branie" – i rozpoczęła się blisko półgodzinna walka, w której sum uparcie odmawiał obrócenia się głową w stronę brzegu.
Kiedy za plecami wędkarza zaczęli gromadzić się przypadkowi widzowie, Rodzewicz poprosił jedną z obecnych osób, żeby zadzwoniła do jego kolegi Gienka – podał numer telefonu i kazał ustawić głośnomówiący.
Gdy Gienek odebrał, Rodzewicz, nie odrywając się od walki z rybą, poinstruował go, żeby przyjechał z dużym podbierakiem, bo na kiju ma dużego suma. Gienek zjawił się po kilku minutach i dopiero we dwóch udało im się bezpiecznie wyprowadzić rybę na brzeg. Na koniec Rodzewicz musiał otworzyć sumowi paszczę, by odzyskać utkwionego w niej wobblera. Jak sam podsumował z przekąsem: "Można powiedzieć, że to był przyłów."
Sum tych rozmiarów to szczytowy drapieżnik bez naturalnych wrogów, a w niewielkim, zamkniętym zbiorniku jak Staw Garncarski może w krótkim czasie zdziesiątkować populację innych ryb, zaburzając kruchą równowagę ekosystemu.
W jadłospisie takiego olbrzyma, poza rybami stanowiącymi główną część diety, znajdzie się też żaba, rak czy nieopatrznie zbliżające się do dna pisklę kaczki lub łyski – dla spacerowiczów karmiących ptactwo wodne na stawie to informacja, która może nieco ostudzić sentyment do wieczornych spacerów nad wodą.
Jeśli słowa Rodzewicza są prawdziwe, dwumetrowy okaz może nie być ostatnim, który zasłuży na nagłówek w Kurierze.
Redakcja dziękuje Panu Wiesławowi Rodzewiczowi za udostępnienie zdjęć i relacji z połowu.